Bartosz Staniszewski: Przebudzenie chrześcijaństwa na Zachodzie? Tak, ale wśród elit.
Bartłomiej Staniszewski zastanawia się, czy możemy mówić o cichym przebudzeniu chrześcijaństwa
Ciche przebudzenie (quiet revival) to termin, który robi coraz większą karierę. Konserwatywne media lubią powtarzać, że jesteśmy świadkami odchodzenia cywilizacji zachodniej od libertynizmu. To nie do końca prawda, choć chrześcijanie mają się z czego cieszyć.
Na Oxfrordzie nie śmieją się z Boga
Kiedy studiowałem teologię na Uniwersytecie Oxfordzkim, jeden z moich przyjaciół wyznał mi, że jako chrześcijanin czuł się samotny na swoich studiach. Był jedynym praktykującym katolikiem na swoim roku w Queen’s – trzydziestym pod względem wielkości spośród ówcześnie 43 college’ów Oxfordu – za to nie brakowało na nim fanów Sama Harrisa, Richarda Dawkinsa czy innych modnych wtedy ateistów.
Religia nie była dla jego kolegów tylko czymś, z czym się nie zgadzali – aktywnie nią gardzili, spoglądali na nią z góry, odrzucali jako zabobon, który w dwudziestym pierwszym wieku powinniśmy zostawić za sobą.
Od tego czasu Dawkins złagodził swoje stanowisko. Wyraża teraz publiczny żal z powodu upadku chrześcijaństwa, zaś Sam Harris zdystansował się od ateizmu i zamiast tego skierował swój publiczny wizerunek w stronę technosfery. Odmiana ateizmu, której przedstawicielami byli Harris czy Dawkins, na Zachodzie umarła. Zamiast tego mamy tak zwany quiet revival, ciche odrodzenie religii.
Triumfalny powrót chrześcijaństwa?
Prawicowe media na Zachodzie ogłaszają triumfalny powrót chrześcijaństwa, prawda jest jednak skromniejsza. Chrześcijaństwo nie wraca wśród ludu: ponownie dominuje ono natomiast klimat polityczny.
Wspomniany wcześniej przyjaciel rozpoczął swoje studia dwa lata przede mną. Kiedy ja przybyłem do Oxfordu, w 2018 roku, klimat wydawał się już inny. Główne katolickie stowarzyszenie – Newman Society – stało się znacznie mniej pokorne w swojej publicznej postawie i wyraźnie bardziej konserwatywne. Otwarcie mówiło o aborcji i nawracaniu niewiernych.
Oxford niekoniecznie stał się bardziej religijny, ale chrześcijanie przestali publicznie wstydzić się swoich poglądów.
Błędny raport, prawdziwe zjawisko
Wielki moment dla powrotu chrześcijaństwa nastąpił pozornie w 2024 roku. Bible Society, angielska organizacja charytatywna, opublikowała raport zatytułowany The Quiet Revival sugerujący, że chrześcijaństwo w Wielkiej Brytanii przeżywa gwałtowny wzrost popularności.
Wcześniejsze badania wskazywały na pewien wzrost niejednoznacznie zdefiniowanej duchowości w USA, Francji czy Australii, lecz nie na taką skalę jak ta opisana w raporcie Bible Society. Raport ten sugerował, że liczba osób regularnie chodzących do kościoła wzrosła o aż 50% w ciągu zaledwie sześciu lat. Konserwatywne media na Zachodzie podchwyciły temat, a wpływ raportu był tak duży, że termin Quiet Revival stał się synonimem religijnego renesansu.
Chrześcijańskie nauczanie moralne traci sens bez metafizyki, która je uzasadnia.
Raport okazał się błędny. Jak zauważyli niektórzy analitycy już w chwili publikacji, był sprzeczny z danymi z innych sondaży, a w marcu 2026 roku wyszło na jaw, że ankiety będące jego podstawą były wadliwe.
Boty sterowane przez sztuczną inteligencję ominęły zabezpieczenia YouGov, by zarabiać pieniądze na fikcyjnych odpowiedziach. Rzekomi bywalcy kościołów nie istnieli. Frekwencja kościelna w Anglii nie wzrosła od 2018 roku – w rzeczywistości nieznacznie spadła, z 12% do około 9% w momencie publikacji raportu.
Chrześcijańska elita nadchodzi?
Wkrótce po pierwotnej publikacji The Quiet Revival zostałem zaproszony na dyskusję przy okrągłym stole w Westminsterze. Tematem dyskusji była rola chrześcijaństwa w Anglii, a już z zaproszenia wiedziałem, że prelegenci będą mówili o chrześcijaństwie pozytywnie. Pokój był pełen, a jeden z pozostałych uczestników – analityk polityczny nieco starszy ode mnie – skomentował, jak niezwykła to sytuacja.
Jeszcze kilka lat temu, mówił, na wydarzeniu otwarcie omawiającym wartość chrześcijaństwa dla brytyjskiej polityki, byłoby co najwyżej kilku studentów i paru dziwolągów. Tu zaś siedzieli przedstawiciele każdego z głównych brytyjskich think-tanków. I nie przyszli, by drwić czy polemizować – każdy z nich był przynajmniej ogólnie przychylny prezentowanym argumentom.
Chrześcijaństwo powraca, lecz podobnie jak powrócił Arystoteles, gdy jego pisma zostały na nowo odkryte w XIII wieku po III krucjacie. Owszem, intelektualiści zainteresowali się po 1204 roku metafizyką arystotelesowską – i pozostali nią zainteresowani przez setki kolejnych lat. Jednak żadne herezje arystotelesowskie nie zdobyły znacznej popularności wśród ludu, a codzienne zachowania zwykłych ludzi nie zmieniły się pod wpływem arystotelesowskiej wizji cnót.
Niewątpliwie jednak upada na naszych oczach mit, że zachodnia elita intelektualna i polityczna już nigdy nie powróci do Boga.
Lista publicznych intelektualistów wyznających zainteresowanie chrześcijaństwem, a nawet nawracających się na chrześcijaństwo, stale rośnie — mimo że sam odsetek chrześcijan w krajach rozwiniętych nie wzrasta. Ci politycy, po których można było dotąd oczekiwać patrzenia z góry na chrześcijaństwo, teraz chętnie głoszą jego użyteczność dla kohezji społecznej lub podkreślają wagę empatycznego przesłania Chrystusa.
Mette Frederiksen, premier Danii i ulubienica europejskiej lewicy, mówiła w przemówieniu w zeszłym roku o potrzebie „dozbrojenia”, które jest „równie ważne [jak militarne]. To dozbrojenie duchowe.” Wspomniała nawet, że Kościół oferuje „naturalną wspólnotę i narodowe zakorzenienie.” Jeszcze niedawno taka wypowiedź skandynawskiego socjaldemokraty byłaby nie do pomyślenia, a przykładów jest wiele więcej.
Nawet w Polsce Rafał Trzaskowski w kwietniu 2025 roku wspominał pamięć o śp. papieżu Janie Pawle II. Nie był to tylko desperacki ruch, by zdobyć centrum wyborcze w ostatecznie nieudanej kampanii prezydenckiej – zachodnia, liberalna bańka intelektualna, w której operuje Trzaskowski, przesunęła się w stronę religijności.
Dlaczego elity zachodnie zbliżają się do chrześcijaństwa?
Częściowo jest to efekt szerszej zmiany poglądów w społeczeństwie. Opinie uznawane niegdyś za zbyt nieprzyzwoite dla szanowanych ludzi uległy zmianie, a nauczanie chrześcijańskie nie jest już ekskomunikowane z kościoła opinii publicznej. Ortodoksyjnie katolickie stanowisko wobec aborcji, małżeństw jednopłciowych czy kapłaństwa kobiet nie wydaje się już ekstremalne w kontekście szerszej zmiany postaw dotyczących etyki seksualnej i oporu wobec politycznego feminizmu.
Progresywna lewica sama do tego doprowadziła – jej parcie ku coraz bardziej radykalnym żądaniom w kwestii akceptacji transpłciowości zraziło tak wielu ludzi, że spora część całkowicie odwróciła się od polityki progresywnej.
Ci, którzy wciąż wierzą, że przyszłość przyniesie nieuchronną laicyzację, że wiara w Boga jest ślepa i naiwna, że Polska jest opóźniona względem Zachodu, bo nie jest bardziej ateistyczna, utknęli w przeszłości. Rzeczywistość wygląda odwrotnie. Zachód, ku któremu patrzą za przykładem, już sobie z tego zdaje sprawę.
Polska – odrębny przypadek
Dlaczego więc trend głośnych nawróceń intelektualistów oraz przesuwania debaty publicznej bliżej chrześcijańskich wartości w dużej mierze omija Polskę? Jedną z odpowiedzi może być słaba katecheza.
Chrześcijańskie nauczanie moralne traci sens bez metafizyki, która je uzasadnia. Tymczasem sposób, w jaki religii uczy się w szkołach i jak przedstawia się ją w kazaniach, często sprawia wrażenie, jakby metafizyka była jedynie dodatkiem do kodeksu moralnego. W rzeczywistości to właśnie kodeks moralny wyrasta z bogatej metafizyki, a nie odwrotnie.
Wobec pytań o to, jak Bóg może być zarazem jeden i w Trójcy, jak Chrystus może być jednocześnie Bogiem i człowiekiem, a przede wszystkim – skąd bierze się zło w świecie i w Kościele, skoro Bóg jest wszechmogący i źródłem dobra, polscy chrześcijanie zbyt często odpowiadają jedynie: „trzeba wierzyć”. Zdarza się też, że nie mają żadnej odpowiedzi.
Chrześcijaństwo oferuje racjonalną wizję rzeczywistości i odpowiada na pytania metafizyczne i moralne, wobec których ateizm jest niemy.
Chrześcijaństwo w Polsce wydaje się sprzeciwiać się rozumowi; zaś na Zachodzie świeżo nawróceni chrześcijanie często mówią o tym, jak to właśnie chrześcijaństwo oferuje racjonalną wizję rzeczywistości i odpowiada na pytania metafizyczne i moralne, wobec których ateizm jest niemy.
Ateizm domeną uprzywilejowanych? Tylko na Zachodzie
Alice Evans z Uniwersytetu Stanforda pisze, że kluczowym błędem demografów, którzy uważali, że postęp niesie ze sobą laicyzację, polegał na utożsamieniu ateizmu ze statusem społecznym. W kontekście zachodnim był to błąd łatwy do popełnienia. Od XVIII w. ateizm stał się w Europie domeną uprzywilejowanych.
W uproszczeniu, ci, którzy mieli dostęp do literatury filozoficznej i kultury wyższej, byli wychowywani w przekonaniu, że religia jest głupstwem lub co najwyżej pożytecznym mitem dla mas.
Takie przekonania jednak nie zapuściły korzeni w świecie muzułmańskim. Widać to najwyraźniej na Bliskim Wschodzie, który doświadczył ogromnego odrodzenia popularności ortodoksyjnego islamu w ostatnich dekadach, lecz też w Azji Południowo-Wschodniej i Afryce.
Ciche odrodzenie chrześcijaństwa na Zachodzie zdaje się ograniczone do prywatnych kolacji i klubów dyskusyjnych.
Ortodoksyjni muzułmanie bywają tam najlepiej wykształconymi i najlepiej zarabiającymi ludźmi, toteż to religia – zamiast świeckiego libertynizmu – staje się symbolem statusu. Jak pisze Alice Evans, modernizacja „wzmacnia te systemy przekonań, które już cieszą się prestiżem”. W Europie przez długi czas był to ateizm.
Czasy się jednak zmieniły. Ateizm utracił prestiż, nie tylko oddając pole w debacie intelektualnej, lecz lansując wizję przyszłości, której nikt nie znajduje pociągającą.
W miarę jak coraz więcej popularnych intelektualistów nawraca się na chrześcijaństwo, jego status społeczny może znowu ulec zmianie, a za intelektualistami może z czasem pójść reszta społeczeństwa – na razie jednak ciche odrodzenie zdaje się ograniczone do prywatnych kolacji i klubów dyskusyjnych.
Za: klubjagieloński.pl
