Biskup Strickland: Nadszedł czas, by rozpocząć odbudowę Kościoła.

Ponad 60 lat po Soborze Watykańskim II nie wystarczy już tylko wskazywać na zniszczenia i mówić: „Doszło do zerwania”. Musimy ustalić, gdzie faktycznie doszło do tego zerwania.

Wiem, że niektórzy z was uważają, iż się zmieniłem. Niektórzy obawiają się, że przeszedłem na „drugą stronę”. Niektórzy zastanawiają się, czy po latach otwartego i odważnego mówienia o kryzysie w Kościele, bronienia tradycyjnej liturgii rzymskiej, kwestionowania tego, co uczyniono w imię Soboru Watykańskiego II, oraz otwartego mówienia o arcybiskupie Marcelu Lefebvrze, teraz wycofuję się z tych przekonań. Niektórzy z was mogą nawet czuć się zdradzeni. Zanim więc powiem cokolwiek innego, chcę jasno powiedzieć: nie zmieniłem stanowiska.

Słowa, które Chrystus skierował do św. Franciszka w San Damiano – „Idź i odbuduj mój dom, który – jak widzisz – popada w ruinę” – głęboko zapadły mi w serce.

Nie zapomniałem, co stało się z Kościołem. Nie zapomniałem, co stało się ze świętą liturgią, katechezą katolicką, życiem zakonnym, formacją kapłańską czy przekazem wiary. Nie zapomniałem o usuniętych ołtarzach, ogołoconych sanktuariach, języku łacińskim, który zanikł, odrzuconych świętych tradycjach czy pokoleniach katolików, których uczono postrzegać znaczną część własnego dziedzictwa jako coś, od czego Kościół musiał zostać uwolniony.

Nie przestałem bronić tradycyjnej liturgii rzymskiej. Nie przestałem wierzyć, że wiele rzeczy porzucono niepotrzebnie i że należy je przywrócić. Nie przestałem wierzyć, że Pismo Święte należy odczytywać w świetle Świętej Tradycji i zgodnie z niezmienną wiarą Kościoła. Nie przestałem wierzyć, że żaden papież, sobór, biskup, kapłan, teolog ani żadne pokolenie nie posiada władzy, by stworzyć nową wiarę katolicką.

I nie przestałem wierzyć, że wciąż istnieją poważne pytania dotyczące Soboru Watykańskiego II oraz ogromnego wstrząsu, jaki po nim nastąpił.

Nie straciłem gotowości do głoszenia prawdy. Staram się jedynie wyrażać ją precyzyjniej.

Przez wiele lat katolikom często przedstawiano dwa wyjaśnienia tego kryzysu. Jedno głosiło: „To Sobór Watykański II był przyczyną tego wszystkiego”. Drugie twierdziło: „Z Soborem Watykańskim II wszystko było w porządku; problem tkwił jedynie w jego realizacji”. Nie uważam już, by którakolwiek z tych odpowiedzi – traktowana w oderwaniu od drugiej – była wystarczająca.

Coś się wydarzyło. Coś stało się z katolickim kultem. Coś stało się z katolicką tożsamością. Coś stało się z katechezą. Coś stało się z życiem zakonnym i kapłaństwem. Coś stało się ze sposobem, w jaki katolicy rozumieli Pismo Święte, Świętą Tradycję, autorytet, ewangelizację, a nawet sam Kościół. Nie możemy temu poważnie zaprzeczyć.

Jednak po ponad sześćdziesięciu latach nie wystarczy już tylko wskazywać na spustoszenie i mówić: „Nastąpiło zerwanie”. Musimy ustalić, gdzie dokładnie do tego zerwania doszło.

Czy miało to miejsce w samym Soborze? Czy chodziło o konkretne fragmenty poszczególnych dokumentów? Czy przyczyną były niejasności, które otworzyły pole do interpretacji sprzecznych z dotychczasowym nauczaniem Kościoła? Czy wynikało to z powołanych później komisji i przeprowadzonych reform? Czy chodziło o ich wdrażanie? Czy była to ideologia odwołująca się do „ducha Soboru Watykańskiego II”, nawet gdy faktyczne sformułowania Soboru mówiły co innego? A może do zerwania doszło na różnych poziomach, na różne sposoby i w różnych momentach?

Pytania te nie stanowią wycofania się z tego, co powiedziałem wcześniej. Są one niezbędnym kolejnym krokiem.

Przychodzi moment, kiedy odwaga wymaga od biskupa, by stanął w obliczu kryzysu i powiedział: „Coś poszło strasznie nie tak”. Ale ostatecznie odwaga wymaga czegoś więcej. Pasterz musi wejść w gruzowisko i ustalić, co poszło nie tak, gdzie poszło nie tak, jak poszło nie tak i co teraz należy naprawić. Właśnie to staram się zrobić.

Zbyt długo niemal wszystko, co działo się w Kościele po Soborze, umieszczano w jednym pudełku z napisem „Sobór Watykański II”. Chcę otworzyć to pudełko. Chcę wiedzieć, co faktycznie powiedział Sobór. Chcę wiedzieć, czego nie powiedział. Chcę wiedzieć, co stało się potem. Chcę wiedzieć, co zrobiono w jego imieniu. I chcę wiedzieć, gdzie coś odeszło od tego, co Kościół otrzymał.

Papież Benedykt XVI rozumiał, że interpretacja Soboru Watykańskiego II leżała u sedna problemu. W swoim przemówieniu do Kurii Rzymskiej 22 grudnia 2005 r.. przeciwstawił to, co nazwał „hermeneutyką nieciągłości i zerwania”, „hermeneutyce reformy” – odnowie w ramach ciągłości jednego Kościoła przekazanego nam przez Chrystusa. To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie.

Nie istniał jeden Kościół katolicki przed Soborem, a inny po nim. Kościół nie zaczął od nowa w 1962 roku. Sobór Watykański II nie posiadał uprawnień do wymyślania nowej wiary katolickiej. Żaden sobór nie posiada takich uprawnień.

Każdy sobór musi opierać się na wierze, która go poprzedzała: Pismach Świętych, Świętej Tradycji, Ojcach i Doktorach Kościoła, poprzednich soborach oraz niezmiennym Magisterium.

Benedykt wyraźnie to podkreślił podczas swoich starań o uzdrowienie rozłamu z Bractwem św. Piusa X. Nie akceptował poglądu, że autorytet nauczania Kościoła można po prostu zamrozić na poziomie z 1962 roku. Nie pozwolił jednak również na odcięcie Soboru Watykańskiego II od wszystkiego, co było przed nim. Nie można odciąć korzeni od drzewa. Jest to ważna zasada dla pracy, która przed nami stoi.

Chciałbym jednak dodać coś równie ważnego: ciągłości nie można jedynie deklarować. Trzeba ją wykazać.

Moja zasada jest prosta. Jeśli istnieje ciągłość, wykażmy ją. Jeśli istnieje niejasność, zidentyfikujmy ją. Jeśli istnieje zerwanie, zlokalizujmy je.

A jeśli coś naprawdę nie może się ostać, ponieważ nie da się tego pogodzić z wiarą, którą Kościół otrzymał, wówczas Kościół musi w końcu mieć odwagę, by się tym zająć.

To prowadzi mnie do postaci, której imienia nie da się łatwo oddzielić od tej historii: arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Już wcześniej wypowiadałem się pozytywnie o arcybiskupie Lefebvre’u. Nie wycofuję tych słów. Wierzę, że historia oceni tego człowieka i jego rolę w kryzysie Kościoła zupełnie inaczej niż to często miało miejsce dotychczas.

Rzeczywiście, powiedziałem, że uważam za możliwe, iż Kościół pewnego dnia uzna jego świętość. Ta ocena należy do Kościoła, a nie do mnie. Mam jednak prawo dostrzec to, co uważam za niezwykłe cnoty biskupa, który musiał zmierzyć się z okolicznościami, z jakimi niewielu biskupów w historii miało okazję się zmierzyć.

Powinniśmy zachować ostrożność, siedząc wygodnie kilkadziesiąt lat później i wyobrażając sobie, że możemy z łatwością osądzać sumienie człowieka stojącego w samym środku kościelnego trzęsienia ziemi. Arcybiskup Lefebvre wierzył, że coś cennego jest zagrożone utratą. Wierzył, że zagrożone jest kapłaństwo katolickie. Wierzył, że zagrożona jest tradycyjna liturgia rzymska. Wierzył, że zagrożone jest przekazywanie wiary. I działał zgodnie z tym, co uważał przed Bogiem za swój obowiązek jako biskup.

Niezależnie od tego, jaką ocenę wyda się na temat poszczególnych decyzji, które podjął, trudno wyobrazić sobie historię tradycyjnej liturgii rzymskiej w ciągu ostatniego półwiecza bez uznania ogromnej roli, jaką arcybiskup Lefebvre i związani z nim ludzie odegrali w jej zachowaniu.

Są chwile, kiedy Opatrzność wyznacza człowiekowi zadanie zachowania czegoś, podczas gdy niemal wszyscy wokół niego wydają się gotowi to porzucić. Być może właśnie takie było szczególne powołanie arcybiskupa Lefebvre’a. Jestem wdzięczny, że to, co mogło zostać utracone, zostało zachowane. Jednak wdzięczność za powołanie innego człowieka nie wymaga ode mnie, abym wierzył, że Bóg powierzył mi dokładnie to samo. Jego powołanie nie musi być moim powołaniem.

Być może arcybiskup Lefebvre został powołany, w chwili ogromnych wstrząsów, by trzymać się kurczowo brzegu, który wydawał się znikać. Być może moim obowiązkiem w tej chwili jest pomóc zbudować most z tego brzegu. Ale pozwólcie mi powiedzieć jedno – ten most nie jest kompromisem.

Chcę bardzo jasno wyjaśnić, co mam na myśli. Nie buduję mostu między prawdą a błędem. Nie może być żadnego kompromisu między katolicką prawdą a fałszem. Nie szukam wygodnego środkowego stanowiska między Tradycją a modernizmem. Nie proszę tradycyjnych katolików, by zrezygnowali z tego, co zostało im przekazane, tylko po to, by wszyscy mogli po prostu żyć w zgodzie. To nie byłaby jedność.

Most, o którym mówię, rozciąga się nad czymś innym: nad ranami, podejrzeniami, oskarżeniami, nieporozumieniami i podziałami, które od ponad pół wieku dzielą katolików.

Na jednym brzegu znajdują się katolicy, którzy byli świadkami, jak znikała znaczna część ich dziedzictwa, i nauczyli się – często poprzez bolesne doświadczenia – nie ufać nikomu, kto wypowiadał się pozytywnie o Soborze Watykańskim II.

Z drugiej strony są katolicy, których nauczono, że wierność Soborowi Watykańskiemu II wymaga od nich traktowania z podejrzliwością wielu wydarzeń, które miały miejsce przed nim. Obie strony odziedziczyły rany. Obie odziedziczyły pewne założenia. I obie potrzebują prawdy.

Mostu nie da się zbudować, udając, że nic się nie wydarzyło. Można go zbudować jedynie poprzez odkrycie tego, co faktycznie się wydarzyło. A most ten musi mieć fundament. Jego fundamentem musi być Pismo Święte i Święta Tradycja. Jego filarami musi być odwieczna nauka Kościoła. Jego celem musi być Jezus Chrystus.

Jeśli coś nie może stanąć na tym fundamencie, nie można tego przenieść na drugą stronę tylko dla samego pojednania.

Niektórzy z was mogą pomyśleć: czytanie „Dei Verbum” to jedno. Czytanie „Sacrosanctum Concilium” to jedno. Ale co się stanie, gdy dotrzemy do trudnych dokumentów Soboru Watykańskiego II? To słuszne pytanie. Moja odpowiedź jest prosta: przeczytamy je również.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że istnieją dokumenty soborowe, które stawiają znacznie trudniejsze pytania dotyczące ich relacji z dotychczasową nauką Kościoła. Nie będziemy ich unikać.

Umieścimy je obok Pisma Świętego. Umieścimy je obok Świętej Tradycji. Umieścimy je obok Ojców i Doktorów Kościoła. Umieścimy je obok dotychczasowego Magisterium.

I zapytamy: czy to może się zmieścić w ramach wiary, którą Kościół zawsze przyjmował?

Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, powinniśmy powiedzieć „tak”. Jeśli konieczne jest wyjaśnienie, powinniśmy to zaznaczyć. Jeśli pozorną sprzeczność można rozwiązać poprzez właściwe zrozumienie tekstu w kontekście Tradycji, to pokażmy to. Jeśli jednak czegoś nie da się pogodzić, nie wolno nam tworzyć sztucznej ciągłości tylko dlatego, że przyznanie się do problemu byłoby trudne.

Nie analizujemy Tradycji w świetle Soboru Watykańskiego II. Analizujemy Sobór Watykański II w świetle Tradycji. To zasadnicza różnica.

Żaden z nas, służących dziś Kościołowi, nie spowodował kryzysu lat 60. i 70. Nie napisaliśmy dokumentów soborowych. Nie nadzorowaliśmy ich wdrażania. Nie stworzyliśmy reform, które nastąpiły później. Nie podjęliśmy wielu decyzji, z których konsekwencjami Kościół boryka się do dziś.

Jednak biskup nie może po prostu powiedzieć: „Nie było mnie tam”. Jestem tu teraz. Kościół, który odziedziczyłem, jest Kościołem, za którego pasterzowanie jestem odpowiedzialny.

Ojciec, który odkrywa poważne zniszczenia w rodzinnym domu, nie mówi: „To nie ja to spowodowałem” i nie odchodzi. Mieszkają tam jego dzieci. Musi zbadać fundamenty. Musi ustalić, które kamienie zostały usunięte. Musi określić, co zostało niepotrzebnie zmienione. Musi zidentyfikować wszystko, co zostało wprowadzone, a czego tam nie powinno być. Musi zachować to, co pozostało w dobrym stanie. Musi przywrócić to, co zostało utracone. I musi naprawić to, co zostało zniszczone. Tak właśnie rozumiem odpowiedzialność biskupią w tej chwili.

To nie ja spowodowałem te rany. Jestem jednak biskupem w Kościele, który je nosi. Dlatego w pewnym stopniu spoczywa na mnie za nie odpowiedzialność. Dzisiejsi biskupi nie mogą w nieskończoność przekazywać tych kwestii biskupom jutra. W pewnym momencie ktoś musi zacząć.

A do tych z was, którzy obawiają się, że was zdradziłem – wiem, dlaczego jesteście ostrożni. Wielu z was cierpiało po prostu dlatego, że pragnęliście tego, co pokolenia katolików przed wami otrzymywały bez żadnych kontrowersji. Niektórzy byli wyśmiewani. Niektórzy byli marginalizowani. Niektórzy byli traktowani jako nieposłuszni, ponieważ kochali starożytną liturgię. Niektórzy patrzyli, jak ich dzieci tracą wiarę, podczas gdy zapewniano ich, że Kościół przeżywa nową wiosnę.

Nie będę was prosił, byście udawali, że te rzeczy się nie wydarzyły. Nie będę was prosił, byście porzucili Tradycję, aby przejść przez ten most. Proszę was natomiast: zabierzcie ze sobą Tradycję. Zabierzcie Pismo Święte. Zabierzcie Ojców Kościoła. Zabierzcie Doktorów Kościoła. Zabierzcie sobory. Zabierzcie encykliki. Zabierzcie katechizmy. Zabierzcie św. Tomasza. Zabierzcie tradycyjną liturgię rzymską. Zabierzcie wszystko, co przekazał Kościół. Będziemy potrzebować tego wszystkiego.

A potem przyjrzyjmy się temu, co się wydarzyło. Jeśli Sobór Watykański II pozostaje w zgodzie z tym, co było przed nim, nie powinniśmy bać się tego przyznać. Jeśli coś, co stało się później, jest sprzeczne z tym, co było przedtem, również nie powinniśmy bać się tego przyznać. A jeśli w samym Soborze natrafimy na coś, czego nie da się pogodzić z tym, co było przedtem, nie wolno nam tego ukrywać.

Prawda nie ma się czego obawiać przed analizą.

A tych, którzy bronią Soboru, proszę również o coś. Nie traktujcie poważnych pytań jako aktów nieposłuszeństwa. Nie odpowiadajcie na dowody hasłami. Nie proście tradycyjnych katolików, by zaprzeczali temu, czego byli świadkami. Nie powołujcie się na Sobór Watykański II, by coś usprawiedliwić, chyba że Sobór Watykański II faktycznie to stwierdził.

Jeśli coś cennego zostało niepotrzebnie odrzucone, pomóżcie to przywrócić. Jeśli reforma wykroczyła poza to, czego domagał się Sobór, przyznajcie to. Jeśli sformułowanie soborowe wymaga wyjaśnienia w świetle wcześniejszej nauki Kościoła, nie bójcie się tego również.

I nie zakładajcie, że miłość do Kościoła wymaga od nas udawania, że ostatnie sześćdziesiąt lat nie ujawniło głębokich problemów. Kościół nie jest chroniony przez naszą odmowę zbadania jego ran. Kościół jest chroniony przez Jezusa Chrystusa.

Być może właśnie w tym miejscu spotykają się dzieło arcybiskupa Lefebvre’a i moje własne powołanie. Być może Opatrzność wymagała, by ktoś z poprzedniego pokolenia powiedział: „Nie pozwolę, by to zniknęło”.

Być może papież Benedykt XVI został powołany, by przypomnieć Kościołowi, że odpowiedzią nie może być zerwanie, lecz autentyczna reforma w ramach ciągłości jednego Kościoła. I być może ci z nas, którzy obecnie pełnią posługę biskupów, odziedziczyli kolejną część tego dzieła.

Być może naszym obowiązkiem jest powrót do przeszłości. Zbadanie. Rozróżnienie. Odzyskanie. Poprawienie. Przywrócenie. I odbudowa.

Jedno pokolenie może chronić kamienie. Inne może zostać powołane do odbudowy domu. Jedno pokolenie może strzec brzegu. Inne może zostać powołane do zbudowania mostu. Te powołania nie muszą być ze sobą sprzeczne. Jedno może polegać na drugim.

Nie da się odtworzyć tego, czego nikt nie zachował. Nie da się też zbudować mostu z brzegu, który zniknął.

Szanuję tych, którzy bronili brzegu. Szanuję tych, którzy cierpieli, by zachować to, co zostało przekazane. Szanuję tych, którzy ostrzegali, gdy ostrzeganie nie było popularne. Być może jednak nadeszła teraz również pora budowania.

Wracam więc do punktu wyjścia. Nie odszedłem.

Nie odszedłem od Pisma Świętego. Nie odszedłem od Świętej Tradycji. Nie odszedłem od odwiecznego Magisterium. Nie odszedłem od Ofiary Mszy Świętej. Nie odszedłem od Wiary przekazanej przez Apostołów. Nie odszedłem od mojego przekonania, że Kościół przeżył głęboki kryzys i że wiele z tego, co zostało niepotrzebnie utracone, musi zostać przywrócone.

I nie odszedłem od mojej odpowiedzialności jako biskupa, by głosić prawdę jasno i odważnie, bez względu na koszty.

Jednak stanowcze trzymanie się zasad nie oznacza, że dzieło zostało zakończone. Są pytania, na które trzeba odpowiedzieć. Są rany, które trzeba uleczyć. Są błędy, które trzeba naprawić. Są skarby, które trzeba odzyskać. Jest dom, który trzeba odbudować. I jest most, po którym ktoś musi być gotów przejść.

Zamierzam przejść na ten most. Nie dlatego, że nie jestem pewien swojego stanowiska. Właśnie dlatego, że wiem, jakie jest moje stanowisko.

Przejdę na niego, niosąc wiarę przekazaną przez Kościół. Nie zrezygnuję z katolickiej prawdy, by ułatwić przejście przez ten most. Nie będę tworzył pozorów ciągłości tam, gdzie nie da się jej wykazać. Nie będę bronił tego, co nie ma sensu, tylko dlatego, że ktoś przypisał temu nazwę Soboru Watykańskiego II. Będę szukał prawdy, dokądkolwiek mnie zaprowadzi.

I uczynię to jako biskup, który wie, że pewnego dnia będę musiał stanąć przed Jezusem Chrystusem i zdać sprawę z tego, co mi powierzono. Ten sąd ma większe znaczenie niż aprobata którejkolwiek ze stron.

Dlatego proszę was: idźcie ze mną. Nie w kierunku nowego Kościoła. Nie w kierunku Kościoła pełnego kompromisów. Nie w kierunku Kościoła wymyślonego w latach 60. XX wieku. I nie w kierunku wyobrażonego Kościoła, który może po prostu wymazać 60 lat historii, jakby nigdy nie miały miejsca.

Idźcie ze mną ku pełni wiary katolickiej, którą otrzymaliśmy. Zachowajmy to, co jest prawdą. Odzyskajmy to, co zostało utracone. Zidentyfikujmy to, co poszło nie tak. Naprawmy to, co nie może trwać. Uleczmy to, co zostało zranione. I odbudujmy to, co zostało zniszczone.

Nie w gniewie. Nie w strachu. Nie jako przeciwne obozy. Lecz jako katolicy, którzy kochają Kościół na tyle, by szukać prawdy o tym, co się z nim stało.

Kościół nie należy do nas. Należy do Jezusa Chrystusa. On go nie opuścił. I my też tego nie zrobimy.

Niech Najświętsza Maryja Panna, Matka Kościoła, zachowa nas w wierności wobec Jej Boskiego Syna. Niech święci Piotr i Paweł umocnią nas w wierze apostolskiej. Niech św. Józef, Opiekun Świętego Kościoła, strzeże nas w czekających nas zadaniach.

I niech Wszechmogący Bóg obdarzy nas mądrością, byśmy rozpoznawali prawdę, odwagą, byśmy jej bronili, pokorą, byśmy naprawiali to, co wymaga naprawy, oraz miłością, byśmy wspólnie odbudowali to, co zostało zranione.

Nie zmieniłem zdania.

Jednak opierając się na fundamentalnych zasadach Świętej Tradycji, wierzę, że nadszedł czas, aby rozpocząć dzieło odbudowy.

Biskup Joseph E. Strickland

Za: lifesitenews.com/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *