Ks. Zbigniew Załęcki W obronie Bożego porządku
Spis treści
- Zbawieni w Imię Jezusa ………………………………………………………………
- Potrójne objawienie się Boga …………………………………………………………
- Arianizm i dzisiejsze herezje …………………………………………………………
- Jedność chrześcijan, ale na jakich zasadach? …………………………………………
- Problem Dni Judaizmu i Islamu w Kościele katolickim ……………………………..
- Św. Walenty przez pogan przejęty ……………………………………………………
- Na Dzień Żołnierzy Wyklętych ………………………………………………………
- Dzień Kobiet, Dzień Ojca, Dzień Dziadka w świeckim kalendarzu czyli uwielbienie człowieka ……………………………………………………………………………..
- Jezusowa godzina i godzina Kościoła ………………………………………………..
- Apel w obronie Bożego porządku ……………………………………………………
- Czy Żydzi naprawdę nie potrzebują nawrócenia do Chrystusa? ……………………..
- Nawrócenie duszpasterskie? …………………………………………………………
- Bóg karze, bo kocha i chce nas zbawić ………………………………………………
- „Przestań się lękać!” …………………………………………………………………
- Towarzysz Bóg, braterstwo, przemoc, wykluczeni, ekologia ………………………..
- O Mszy świętej wszechczasów ………………………………………………………
- Czy prawdziwy prorok musi być wpierw odrzucony? ……………………………….
- Cyprian Kamil Norwid – gladiator Prawdy ………………………………………….
- „Chodź i zobacz!” czyli chodź i sprawdź! …………………………………………..
- Św. Michał Archanioł – generał Boga ……………………………………………….
- Puszka dla imigrantów szturmujących naszą granicę ………………………………..
- Czy mamy się bać końca świata? …………………………………………………….
- Chrystus Królem Wszechświata, ale czy też Królem Polski? ………………………..
- Adwent to też przygotowanie się na śmierć ………………………………………….
- Cudowność Bożego Narodzenia ……………………………………………………..
- Boże Narodzenie głównie Tradycją silne …………………………………………….
- Trzeba się trzymać mocno prawdy ……………………………………………………
- Duch synodu o synodalności …………………………………………………………
- Kościół jako antyteza wieży Babel …………………………………………………..
- „Zacznijcie mnie czcić!” – prosi św. Andrzej Bobola ……………………………….
- Skąd tytuł „Królowa Polski”? ………………………………………………………..
- Maryja Matką Kościoła, który jest w wielkim kryzysie ……………………………..
- „Dogmat i tiara” ………………………………………………………………………
- „Wiosna Kościoła, która nie nadeszła”……………………………………………….
Wstęp
Obecnie żyjemy w czasie niezwykle trudnym dla Kościoła i świata. Zostały podkopane fundamenty naszej wiary. Dało się to szczególnie odczuć w ciągu ostatnich dwóch lat, kiedy cały Boży porządek został mocno naruszony. To, co zawsze było złem i grzechem, w ocenie wielu ludzi, nawet ludzi Kościoła, stało się dobrem, wręcz cnotą, a oddawanie Bogu należnej czci i chwały przez udział w Najświętszej Ofierze było postrzegane jako niebezpieczne, wręcz szkodliwe. Szczytem tego były kuriozalne słowa wypowiedziane przez jednego z hierarchów, który powiedział, że ktoś, kto pójdzie do kościoła na Mszę św. popełni grzech ciężki przekraczając piąte przykazanie: „Nie zabijaj”. I jeszcze doszło do tego absurdalne rozporządzenie: tylko 5 osób w każdym kościele na nabożeństwie. Niestety wielu duchownych w imię ślepego posłuszeństwa poddało się tym „covidowym przykazaniom” wcielając różne żenujące pomysły, między innymi wprowadzając ograniczoną ilość bilecików na Mszę św., także w formie cukiereczków. Przed tymi, dla których ich nie starczyło zamykano drzwi kościołów. Natomiast zachęta do udziału w najświętszych zbawczych Boskich wydarzeniach w tym trudnym czasie w niejednym przypadku została napiętnowana, a ci, którzy stawali w obronie Bożego porządku byli prześladowani i karani. Nastąpiło mocne przechylenie w stronę wartości doczesnych, najważniejsze stało się zdrowie i bezpieczeństwo. Natomiast najwyższe wartości, do których należy życie nadprzyrodzone, w tym sakramentalne oraz cały porządek Boży wyrażony w Bożych i kościelnych przykazaniach, w tym najważniejszy cel życia, jakim jest nasze zbawienie, zostały zbanalizowane i podporządkowane różnym wątpliwym rozporządzeniom. Udzielono dyspensy od uczestnictwa we Mszy św. na niespotykaną do tej pory skalę. Życie religijne w praktyce ograniczono do praktyk domowych oraz mszy i nabożeństw zdalnie przeżywanych. Przyszło nam więc w takich nienormalnych czasach zachować wierność Chrystusowi i dawać świadectwo prawdzie.
W takim to okresie, w czasie przymusowej izolacji, zastraszania i potęgowania lęku, przyszło też żyć wiernym katolikom, którzy nie poddali się niecnym naciskom. To był z pewnością dla nich niezaplanowany egzamin z wierności Chrystusowi. Wielu ten swoisty test religijny przeszło pozytywnie, ale pozytywny wynik testu w tym przypadku to bardzo dobrze w przeciwieństwie do rozpowszechnionych testów na wirusa. Inni, niestety, nie zdali religijnego egzaminu, w tym też egzaminu z człowieczeństwa. I w gruncie rzeczy nie powinno nas to dziwić. Zachowanie wierności Bogu nigdy nie było powszechne. Czasem byli to tylko nieliczni. Wizje czasów ostatecznych zawarte w Apokalipsie, naznaczone rozmaitymi plagami, nie są opowieścią o powszechnym pokoju, braterstwie i pojednaniu oraz powszechnym zbawieniu. Cały czas jesteśmy na wojnie, której stawką jest nasze zbawienie, nierzadko okupione cierpieniem i męczeństwem, łącznie z oddaniem życia. A nasz przeciwnik diabeł, „jak lew ryczący krąży, szukając, kogo pożreć”(1P 5, 8). Takie są oto realia rzeczywistości, w której obecnie żyjemy.
Tematy z duszpasterskiego frontu, które podejmowałem w tym trudnym czasie dla Kościoła, są zapisem problemów, jakie nas wciąż dotykają, a niektóre wręcz dręczą. Dzielenie się nimi z czytelnikami w formie blogów czy kazań tematycznych bądź omawianych ważnych publikacji, jest pewnym sposobem zwrócenia uwagi na poruszone tu przeze mnie kwestie nurtujące zapewne wielu ludzi.
1. Zbawieni w Imię Jezusa
Rozpoczął się nowy Rok Pański 2021. Jako katolicy rozpoczęliśmy go w Imię Jezusa, które nadano Bożemu Dziecięciu w ósmym dniu tygodnia od Jego cudownych narodzin. O tym była mowa 1 stycznia, w liturgii Uroczystości Świętej Bożej Rodzicielki Maryi. Czytaliśmy: „Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie Matki” (Łk 2,21).
Jednakże wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus Kościół obchodził odrębnym świętem. Najpierw papież Klemens XII (+1534) pozwolił na osobne oficjum i Mszę świętą o Imieniu Jezus. Papież Innocenty XIII rozciągnął to święto na cały Kościół (1721), a papież św. Pius X wyznaczył je na niedzielę po Nowym Roku lub – gdy tej zabraknie – na 2 stycznia. Najnowsze, trzecie wydanie Mszału Rzymskiego przypisało je jako wspomnienie dowolne na dzień 3 stycznia.
Niestety, oznacza to pomniejszenie jego rangi – niegdyś było to święto, obecnie tylko wspomnienie. W tej sytuacji tym bardziej trzeba przywołać znaczenie Imienia Jezus, o którym św. Piotr, napełniony Duchem Świętym, wobec arcykapłanów i uczonych w Piśmie z mocą oświadczył, że „nie ma innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).
Także św. Paweł Imieniu Jezusa oddaje najwyższe pochwały, pisze bowiem: „Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezus zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych” (Flp 1,8-10). A jako cel swojej całej niezmordowanej działalności apostolskiej św. Paweł wskazuje: „Aby w was zostało uwielbione imię Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Dz 16,18). Św. Paweł w imię Jezusa czynił cuda. Do szatana, który opętał pewną dziewczynę, woła: „Rozkazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, abyś z niej wyszedł!” (Dz 3,6-7). Apostoł tak się rozmiłował w tym Najświętszym Imieniu, że w swoich pismach wymienia je aż 254 razy.
Kult Imienia Jezus ma więc głębokie uzasadnienie w Piśmie Świętym. Tekstów to potwierdzających można by przytoczyć znacznie więcej (J 14,13-14; Dz 5,40-41; 9,15-16; Hbr 1,4; Rz 10,13; 2 Kor 5,20; Ap 7,1-11).
Kult Imienia Jezus był żywy także w tradycji Kościoła. Św. Efrem ilekroć napotkał to imię wypisane czy wyryte, całował je ze czcią. Św. Bernardyn ze Sieny nosił ze sobą tablicę, na której złotymi głoskami był wypisany monogram Pana Jezusa; w każdym kazaniu Bernardyn adorował to Imię: “O Imię Jezusa, wyniesione ponad wszelkie imię! O Imię zwycięskie! Radości aniołów, szczęście sprawiedliwych, przerażenie potępionych… Umysł się miesza, język drętwieje, wargi niezdolne są wyrzec słowo, gdy się ma sławić Najświętsze Imię Jezusa”.
W wieku XV powstała litania do Imienia Jezus, co dowodzi powszechności kultu tegoż Imienia. A chrześcijanie Wschodu praktykują Modlitwę Jezusową polegającą na wielokrotnym powtarzaniu: „Jezusie, Synu Boga Żywego, ulituj się nade mną!”.
Zwyczajem powszechnym we wszystkich niemal językach świata stało się pozdrowienie chrześcijańskie: “Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
Dzisiaj, kiedy w imię dialogu z innymi religiami niektórzy próbują ukazać inne, alternatywne drogi do zbawienia, albo też pewne postaci o wyjątkowej roli w tych religiach, trzeba z mocą za św. Piotrem powtarzać, że „nie ma innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).
2. Potrójne objawienie się Boga i Jego przyjęcie
W okresie Bożego Narodzenia przeżywamy tajemnicę objawienia się Boga w ludzkim ciele. „Słowo stało się ciałem i zamieszkało pośród nas” (J 1,14). To właśnie Jezus narodzony z Maryi Panny stał się „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15).
Pierwszym krokiem w objawieniu się Boga światu była tajemnica Narodzenia Pańskiego, którą obchodzimy najpierw 25 grudnia, a następnie 6 stycznia, jako Objawienie Pańskie. Bóg przez pasterzy oraz trzech mędrców pochodzących z ludów pogańskich objawił się symbolicznie całemu światu. Jednak to objawienie pod postacią Dziecięcia nie było jeszcze tak bardzo czytelne. Było jeszcze jakby w zalążku.
Dopiero w wodach Jordanu nastąpiła zasadnicza epifania, drugi etap, kiedy to nastąpiło objawienie się całej Trójcy Świętej. Wówczas to nad Jezusem pojawia się gołębica jako znak Ducha Świętego i słychać głos Boga Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,17).
Trzecim etapem objawienia był cud w Kanie Galilejskiej, cudowna przemiana wody w wino, gdzie Jezus w ten sposób „objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego uczniowie” (J 2,11). Ewangelia nawiązująca do tego wydarzenia jest odczytywana w drugą niedzielę roku C.
Te trzy etapy objawienia się Boga liturgia Kościoła łączy. Wyrażają to między innymi słowa antyfony z jutrzni liturgii godzin: „Dzisiaj się Kościół złączył z Chrystusem, swoim Oblubieńcem, który go z grzechów obmył w Jordanie; biegną mędrcy z darami na królewskie gody, a woda przemieniona w wino cieszy biesiadników”.
Dzisiejsze czasy, przeniknięte herezją modernizmu czyli chęcią unowocześniania, dopasowywania się do świata, wymagają szczególnie przylgnięcia do objawionej Prawdy w Jezusie Chrystusie. Ona jest fundamentem wiary. Nie jest obojętne w kogo wierzymy i jakie prawdy Boże przyjmujemy, bo od tego zależy jak poukładamy swoje życie. Czy będziemy słuchać Boga czy świata. Dla przykładu, żaden poważny budowniczy domu nie podejmie się dzieła bez konkretnego projektu, bez fachowych obliczeń, które gwarantują trwałość i stabilność budowli. Nie może być tu prowizorki, budowania na wyczucie. Tak samo jest z naszym życiem. Musimy być profesjonalni i mocno oprzeć je na Bożym projekcie czyli na Bożych prawdach objawionych. Bóg Stwórca i Odkupiciel wie najlepiej, co dla nas jest najlepsze i konieczne. Życie nasze winno być mocno oparte na Bożych prawach, które Bóg objawiał, szczególnie na Górze Synaj dając nam dziesięć przykazań, a na końcu w Jezusie Chrystusie i jego Ewangelii. My mamy gotowy projekt i tego projektu w postaci prawd wiary nie wolno nam modyfikować, dostosowywać do współczesności. Taka pokusa zawsze w historii istniała, ale Kościół odrzucał ją jako herezję. To nic, że świat będzie nas krytykował, bo jesteśmy dwieście lat do tyłu. Według takiej logiki, trzymając się nauki Jezusa, to tak naprawdę jesteśmy dwa tysiące lat do tyłu. Nauka Boża jest niezmienna. Kościół, tak jak apostołowie, powinien przekazywać to, co otrzymał i nic więcej. Ma być przekazicielem czystej, nie sfałszowanej wiary, a nie jej kreatorem. Owszem, język może się zmieniać przy wyrażaniu prawd dogmatycznych i moralnych, ale treść w żadnym wypadku. Prawa Boże są jak prawa fizyki czy matematyki. Nikt ich nie dostosowuje do czasów kryzysu, nikt ich nie zmienia, bo to by było nierozsądne. Tym bardziej, gdy odnosimy się do prawd objawionych, prawd Bożych, winniśmy przyjąć je ze szczególną pokorą i miłością. Bo one mają nas prowadzić przez życie i zaprowadzić do zbawienia.
Miejmy więc w sobie wielki szacunek i respekt dla Bożego prawa, bo w tym właśnie wyraża się bojaźń Boża, która, jak mówi Pismo św., jest początkiem mądrości.
3. Arianizm i dzisiejsze herezje
Ewangelię o Słowie jako Synu Bożym w okresie Bożego Narodzenia słyszymy trzykrotnie. Natomiast w liturgii według tradycyjnego rytu rzymskiego przez długi czas była czytana na zakończenie każdej Mszy św.
Co skłaniało Kościół aby tak często przywoływać ów fragment Ewangelii św. Jana zwany Prologiem? Jaką prawdę on zawiera, skoro uznano za ważne tak częste czytanie tego tekstu?
Otóż jest w nim zawarta jedna z fundamentalnych prawd katolickiej wiary, mianowicie ta, że Jezus Chrystus jest jednocześnie prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem. W Ewangelii jest napisane, że Słowo, które było u Boga i było Bogiem, w pewnym momencie historii stało się ciałem czyli człowiekiem i zamieszkało pośród nas.
Tę prawdę wiary wyznajemy podczas każdej niedzielnej Mszy św., gdy potwierdzamy wiarę w Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego zrodzonego z Ojca, ale nie stworzonego, czyli tej samej boskiej natury, bo współistotnego Bogu Ojcu. Wyznajemy również wiarę, że Syn Boży, druga Osoba boska, stał się człowiekiem, nie przestając być Bogiem.
Dla nas, współczesnych katolików ta prawda wydaje się być oczywista i powszechnie uznawana, choć na przestrzeni wieków Kościół musiał bronić zarówno boskości, jak i człowieczeństwa Pana Jezusa, które zwłaszcza w pierwszych wiekach były kwestionowane przez herezje, czyli błędne nauki. Jedną z pierwszych wielkich herezji, jakie zagrażały Kościołowi już w IV wieku, był arianizm. Twórcą tej herezji był Ariusz, kapłan z Aleksandrii, według którego Logos nie był wiecznym Synem Bożym, ale jedynie stworzeniem powołanym do istnienia przez Ojca ze względu na zamysł stworzenia świata. W jego nauczaniu Jezus był raczej półboskim pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem. W przeciągu dwóch lat Ariusz został potępiony przez lokalne synody w Egipcie i w Antiochii. A w kolejnym roku pierwszy powszechny sobór Kościoła w Nicei, który niezwłocznie potwierdził tradycyjną doktrynę, przyjął definicje, które znalazły się w znanym do dziś wyznaniu wiary. Jednak herezja arianizmu nie zakończyła się, ale rozszerzała i przenikała Kościół, w tym szczególnie przez nauczanie biskupów. Była bardzo popularna wśród ówczesnych chrześcijan, nie wyłączając władców ani hierarchii kościelnej. Świat stał się wówczas ariański – napisał św. Hieronim. W tym czasie zwolennicy Ariusza zwoływali synody, które odchodziły od ortodoksyjnego wyznania wiary. Prawdziwą doktrynę zachowali raczej wierni świeccy niż episkopat. Ów kryzys wiary, jaki przeniknął Kościół w IV wieku, jest uznawany za jeden z większych w historii Kościoła.
Jednak Bóg przy okazji każdej herezji daje Kościołowi jakiegoś jednego wielkiego strażnika, który występuje przeciw herezjom, daje obrońcę wiary. Takim niezłomnym obrońcą wiary katolickiej, w tym właśnie prawdy o bóstwie Chrystusa, był św. Atanazy, patriarcha Aleksandrii. Większość swojego życia poświęcił zwalczaniu arianizmu. Żył w okresie panowania pięciu papieży i pięciu cesarzy. Został pięciokrotnie skazany na wygnanie, które ogółem trwało prawie dwadzieścia lat. „Atanazy przeciwko światu”, jak go nazywano, nie obawiał się rzucić wyzwania kolejnym czterem cesarzom, ani potężnej grupie dostojników kościelnych. W pewnym momencie miał nawet przeciwko sobie papieża Liberiusza, który, być może pod wpływem nacisków, podpisał akt potępiający Atanazego. Ale mimo prześladowań, ostatecznie św. Atanazy odniósł zwycięstwo w walce o prawowierność. Przed śmiercią zaznał jeszcze pociechy widząc, że arianizm upada – kilka lat później, na Soborze Konstantynopolitańskim zwolennicy herezji zostali ekskomunikowani.
Przywołuję temat kryzysu ariańskiego nie tylko z racji na obronę prawdy o bóstwie Jezusa Chrystusa, którą dziś liturgia słowa podkreśla. Przywołuję go także ze względu na spustoszenie, jakie herezja może poczynić w życiu Kościoła. Kryzys ariański był bez wątpienia nadzwyczaj poważny, przez kilka dziesięcioleci jedynie garstka z kilkuset chrześcijańskich biskupów zachowała ortodoksję w odniesieniu do głównej prawdy wiary.
Ale też i o Kościele nam współczesnym mówi się, że od przeszło pół wieku przechodzi poważny kryzys związany z herezją modernizmu, który między innymi przez nową teologię naturalizmu i lekceważenie Bożej łaski podmywa tradycyjną, niezmienną naukę Kościoła. Jesteśmy świadkami bagatelizowania sakramentu małżeństwa, łącznie z próbą uznania przez oficjalne nauczanie prawa do Komunii św. tym, którzy odeszli od pierwszych, a zawarli drugie związki. Natomiast w perspektywie synodalnej wielu biskupów na Zachodzie, szczególnie w Niemczech, ma nadzieję na możliwość błogosławienia związków jednopłciowych, przymierza się też do zniesienia celibatu i wprowadzenia kapłaństwa kobiet. W imię dialogu międzyreligijnego zaprzestaje się misyjnej działalności wśród wyznawców innych religii i głoszenia im Chrystusa jako Syna Bożego i jedynego Zbawiciela ludzkości. Tego przez ponad dziewiętnaście wieków nie było. Źle rozumiany dialog i ekumenizm sprawiają, że czystość wiary i wierność doktrynie, a także nakaz misyjny Chrystusa, przestały należeć do priorytetów oficjalnego nauczania.
To są problemy współczesnego Kościoła, o których coraz bardziej się mówi, wskazując też na potrzebę obrony niezmiennej doktryny. W tę obronę zaangażowały się szczególnie środowiska Tradycji.
Niech ta refleksja skłania nas wszystkich do modlitwy za członków Kościoła katolickiego, by nie błądzili, by wyzwolili się z wszelkich herezji, by pozostali wierni niezmiennym prawdom wiary pochodzących od Boga i trwali wiernie w nauce Apostołów.
4. Jedność chrześcijan, ale na jakich zasadach?
Co roku od wielu już lat w Kościele katolickim i różnych wspólnotach chrześcijańskich odbywa się modlitwa o jedność chrześcijan. Podobnie jak modlitwa o pokój, idea ta wydaje się być słuszna. Któż by nie pragnął jedności czy pokoju? Temat wydaje się być przyciągający i do zaakceptowania przez wszystkich. Jednakże sposób dążenia do wyznaczonego celu, jakim jest pojednanie na różnych poziomach, nade wszystkim doktrynalnym, może być różny.
W potocznym rozumieniu pojednanie między zwaśnionymi osobami czy grupami ludzi rozumie się jako szukanie wspólnych elementów, którą łączą, a unikanie tego, co dzieli. W takim ujęciu stanięcie w prawdzie nie jest aż tak ważne. Prawda w takim ujęciu leży zwykle pośrodku, czyli nie wiadomo gdzie. Nie tak powinno być jeśli chodzi o pojednanie w Kościele. Tu nie chodzi o jakieś ustępstwa czy kompromisy. Fundamentalną rzeczą powinno być odniesienie do prawdy i to prawdy wiary.
Kardynał Walter Kasper w książkowym wywiadzie Świadek miłosierdzia. Moja podróż z Franciszkiem (2016, s. 131-132) stwierdził, że papież Franciszek skłania się do takiego modelu jedności, w którym różne wyznania chrześcijańskie tworzyłyby jakby wielościan. Model ten jest bezbiegunowy i odchodzi od modelu okręgów koncentrycznych, w którym Kościół katolicki jest na pierwszym miejscu. Każde wyznanie to jedna ściana całej „chrześcijańskiej bryły”. Myślę, że to jest tylko pewna dowolna konstrukcja, jaka pojawiła się w wyobraźni Biskupa Rzymu. Taki model daleki jest od budowania jedności, jakiej oczekuje Chrystus. Fundamentalną zasadą jedności jest nie żadna konstrukcja myślowa, która próbuje godzić wszystko ze wszystkim jako swoiste bogactwo, ale realna prawda. A prawdą jest Chrystus i to wszystko, co nam objawił, a Kościół katolicki podaje nam do wierzenia. Dlatego też żadne karkołomne intelektualne konstrukcje typu „chrześcijańskiej bryły” czy „symfonii jedności” kard. Kurta Kocha, nie są w stanie doprowadzić do pojednania chrześcijan. Tym, co powinno nas łączyć, to ta sama wiara i uznawanie wszystkich prawd wiary, jakie są w pełni w Kościele katolickim. W tym objawia się prosta logika, bez silenia się na oryginalne, dziwaczne konstrukcje myślowe.
Papież Pius XI w Mortalium animos naucza: „Pracy nad jednością chrześcijan nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jednego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego, od którego niegdyś odpadli”.W tej encyklice Ojciec Święty potępił synkretyzm religijny i sprzeciwił się irenistycznemu dążeniu do osiągnięcia jedności z innymi Kościołami bez przyjęcia wiary katolickiej.
I to papieskie nauczanie, zgodne z dotychczasową tradycją Kościoła, nie powinno być odrzucone. Kościół katolicki nie powinien przestawać głosić prawd katolickiej wiary, nawracać pogan oraz oddzielone wspólnoty chrześcijańskie i tak sprowadzać je z powrotem do jedności Mistycznego Ciała Chrystusa.
I niech nikogo nie irytują sformułowania: odszczepieńcy, nawracanie pogan, powrót na łono Kościoła, bo to jest realny opis rzeczywistości, z którego rezygnuje się w imię tak zwanej poprawności religijnej, by nie urazić innowierców. Idąc za duchem czasu ze słownika religijnego wyrzucono wiele innych określeń, takich jak heretyk czy herezja. Jeśli będziemy podążać w takim kierunku, to przyjdzie nam porzucić inne pojęcia, takie jak grzech, piekło, Szatan, wieczne potępienie. Miejmy przy tym świadomość, że rezygnacja z tych pojęć nie odsunie rzeczywistej treści, jaka się za nimi kryje. A odmienianie na wszelkie sposoby pojęć typu pokój i pojednanie, a ostatnio braterstwo, nie doprowadzi nigdy do jedności z Bogiem i nie da Bożego pokoju. Jedynie odbierze nam czujność na froncie walki z grzechem i zastępami złych duchów. A domyślamy się, co oznacza przegrana.
Módlmy się zatem o prawdziwą jedność słowami Aktu ofiarowania się Najświętszemu Sercu Jezusowemu: „Przywiedź ich do przystani prawdy i jedności wiary, aby rychło nastała jedna owczarnia i jeden Pasterz”.
5. Problem Dni Judaizmu i Islamu w Kościele katolickim
Od 1998 roku w Kościele katolickim w Polsce jest obchodzony Dzień Judaizmu, a od 2001 roku – Dzień Islamu. Szukałem w internecie informacji, czy obchodzi się Dzień Chrześcijaństwa w judaizmie. Niestety, nie znalazłem. Sprawdzałem też czy obchodzi się Dzień Chrześcijaństwa w islamie, i tu, zaskoczony, znalazłem informację, że był „obchodzony” w grudniu 2012 roku w Arabii Saudyjskiej pod hasłem: Wychowanie służb porządkowych do walki z niewiernymi spiskującymi celem świętowania Bożego Narodzenia. Pod tą ewidentną ironią kryją się smutne, wręcz dramatyczne fakty. Jak informuje Der Standard, wieczorem w uroczystość św. Szczepana saudyjska policja religijna wdarła się do domu „dyplomaty z jednego krajów azjatyckich” w prowincji Al Jouf i aresztowała 43 osoby (41 chrześcijan i 2 muzułmanów). Wszystkie zostały oskarżone o „spiskowanie celem świętowania Bożego Narodzenia”. Arabia Saudyjska uznaje jedynie islam i zabrania publicznego celebrowania świąt innych religii. Za posiadanie Pisma Świętego, krzyżyka na szyi albo modlitwę na ulicy można trafić do więzienia. Duchowni katoliccy, a nawet pastorzy protestanccy mają zakaz wjazdu, a karą orzekaną dla muzułmanina, który nawróci się na chrześcijaństwo jest kara śmierci.
Jeśli chciałoby się poświęcić taki dzień religii islamu, to powinien odnosić się szczególnie do kwestii przestrzegania praw chrześcijan, w tym wolności religijnej w krajach muzułmańskich. Co do judaizmu talmudycznego (nie biblijnego), który odrzuca Chrystusa jako Mesjasza, trudno tu o jakąś aprobatę, bo nie sposób uznawać ich błędu. Zarówno Żydom jak i wyznawcom innych fałszywych religii należy jedynie głosić Chrystusa jako jedynego Zbawiciela. Tak naprawdę nie powinniśmy urządzać dni promocji obcym religiom. Przez ponad dziewiętnaście stuleci, aż do ostatniego soboru Kościół katolicki nie znał takiej praktyki, by do świątyń, ba nawet do liturgii wprowadzać temat innych religii i niejako oswajać katolików z obcymi religijnymi doktrynami. Przeto nie należy się dziwić, że wielu przenikniętych duchem takiego dialogu i świętowania dni obcych religii twierdzi, że tak naprawdę obojętne jest, jaką kto religię wyznaje i że w sumie każda religia jest dobra. A to przecież w gruncie rzeczy fałszywa teza.
Jeśli uznajemy proroków Starego Testamentu za prawdziwych, mówiących w imieniu Boga, to powinniśmy się od nich uczyć właściwej postawy wobec obcych, fałszywych religii i ich bożków. Prorocy wręcz walczyli o wierność jedynemu Bogu i nie wchodzili w żaden dialog z bałwochwalcami. To były często mocne prorockie słowa w imieniu Boga, który domagał się bezwzględnej wierności. W Księdze Izajasza czytamy: „Ja, któremu na imię jest Jahwe, chwały mojej nie odstąpię innemu, ani czci mojej bożkom” (Iz 42,8). A przez proroka Ezechiela Bóg oświadczał: „Gdziekolwiek byście tylko mieszkali, miasta opustoszeją, a wyżyny zniszczeją, tak że wasze ołtarze zostaną opuszczone i zniszczone, bożki wasze zdruzgotane i porozbijane, a wasze stele słoneczne połamane w kawałki, a dzieła wasze unicestwione. Pośrodku was padną polegli i poznacie, że Ja jestem Pan” (Ez 6,6,7).
Dlatego też pierwsze przykazanie Dekalogu brzmi: „Nie będziesz miał bogów cudzych obok mnie”. I nie chodzi tutaj tylko o bożków ludzką ręką uczynionych, ale wszelkich bogów, za którymi często kryją się demony. Prawdziwym Bogiem jest tylko Bóg w Trójcy Jedyny.
Św. Paweł w pierwszym Liście do Koryntian pisał: „wiemy dobrze, że nie ma na świecie ani żadnych bożków, ani żadnego boga, prócz Boga jedynego. A choćby byli na niebie i na ziemi tak zwani bogowie – jest zresztą mnóstwo takich bogów i panów – dla nas istnieje tylko jeden Bóg, Ojciec, od którego wszystko pochodzi i dla którego my istniejemy, oraz jeden Pan, Jezus Chrystus, przez którego wszystko się stało i dzięki któremu także my jesteśmy” (1Kor 8,4-6).
Marzę zatem, ale też mam nadzieję, że przyjdzie czas, gdy następca św. Piotra stanie wobec wyznawców innych religii i będzie miał odwagę z całą mocą wezwać narody do porzucenia swoich bożków i przyjęcia wiary w jedynego Boga Ojca i Syna i Ducha Świętego. I tak jak św. Piotr apostoł uroczyście oświadczy, że poza Jezusem „nie ma innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).
6. Św. Walenty przez pogan przejęty
Św. Walenty, męczennik (+269) niegdyś należał do najbardziej znanych i czczonych świętych męczenników w Kościele zachodnim, łacińskim. W Martyrologium Rzymskim pod datą 14 lutego jest wspominany dwa razy: jako kapłan rzymski ścięty w czasie prześladowania, jakie wybuchło za panowania cesarza Klaudiusza II Gota około roku 269, oraz jako biskup Terni pod Rzymem, który po długich mękach został sprowadzony do Rzymu i tam stracony. Przypuszcza się, że w tym wypadku chodzi o jedną i tę samą osobę czczoną w Rzymie i w Terni. Ikonografia przedstawia świętego męczennika najczęściej w stroju kapłana, czasem biskupa, w momencie gdy uzdrawia chłopca z padaczki. Ponieważ choroba ta, jak i do niej podobne choroby nerwowe, były i są powszechne, ludność chrześcijańska we wszystkich krajach katolickich z ufnością uciekała się do tego niebieskiego orędownika.
Ale w ostatnich latach św. Walenty jest wspominany w kontekście obdarowywania się upominkami przez zakochanych. Całkiem świadomie nie piszę, że jest on czczony jako patron zakochanych, gdyż ów święty w kulturze Zachodu podzielił losy św. Mikołaja i niestety, został przejęty przez współczesnych pogan, w tym szczególnie przez wielki handlowy marketing.
Przed laty Dariusz Karłowicz, współtwórca Fundacji Świętego Mikołaja, trafnie skomentował zjawisko mikołajkowe nagłaśniane tuż po uroczystości Wszystkich Świętych, gdy tylko zgasną zaduszkowe lampki. W książce Koniec snu Konstantyna napisał, że św. Mikołaj w przekazie komercyjnych mediów, w tym szczególnie reklam, a także w supermarketach i na ulicach, ma tyle wspólnego ze świętym biskupem Miry, ile śpiewanie kolęd w czasie adwentu z dobrym smakiem i szacunkiem wobec tradycji. Dalej napisał, że odczuwa niesmak, gdy obserwuje, jak chrześcijańskie symbole wykorzystywane są do potrzeb handlu, niestety, ze szkodą dla Kościoła.
I jak św. Mikołaj został „zajęty” prezentami, tak św. Walenty został przez świat pogański przejęty. W pierwszym przypadku zrodziły się „mikołajki”, w drugim przypadku – „walentynki”. Zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku trudno dostrzec jakikolwiek przejaw czci i szacunku dla tych świętych osób, nie mówiąc już o kulcie i liczenia na ich wstawiennictwo. W obydwu przypadkach, odwołując się do podstawowych ludzkich potrzeb i emocji, sprytnie przejęto te święte osoby do zaspakajania czysto naturalnych pragnień. Świat nadprzyrodzony, świat łaski został tu całkowicie pominięty.
Ale może ktoś w dobrej wierze będzie chciał dostrzec coś pozytywnego w tej całej walentynkowej zabawie. Bo może ktoś przy tej okazji dowie się, że kiedyś żył człowiek o imieniu Walenty, że był to kapłan czy biskup, że był to męczennik i że został świętym. I może zacznie się do niego z modlitwą zwracać o pomoc. Ale chyba mogą się tym łudzić jedynie entuzjaści reklamy religijnej, dla których święte postaci obecne w przestrzeni publicznej mogą łatwo prowadzić ku rzeczywistości nadprzyrodzonej. Chyba nie ten kierunek. Bo to nie kultura tworzy wiarę, ale to żywa, autentyczna wiara może przenikać kulturę. Na pewnym etapie, gdy naprawdę czczono świętych, w sposób naturalny zrodziły się odpowiednie zwyczaje. Z czasem wiara zgasła, a pozostały jedynie zwyczaje, już mało rozumiane w kontekście religijnym. Stąd moje wątpienie w ich nadprzyrodzoną nośność.
Niestety, w przypadku „walentynek” mamy raczej do czynienia z wykorzystaniem imienia Walenty do czysto świeckiej zabawy. Dlatego można powiedzieć, że św. Walenty został przez pogan przejęty.
7. Na Dzień Żołnierzy Wyklętych
Obecnie przeżywamy czas Wielkiego Postu. Jego dni wzywają nas do nawrócenia, czyli do uwierzenia Bogu. „Nawrócić się” oznacza przyznać rację Bogu, uznać, że Jego prawo ma decydującą rolę do spełnienia w naszym życiu, że jest światłem naszego życia i drogą, po której powinniśmy iść.
Do każdego z nas Bóg kieruje wezwanie: „Pokutuj”, to znaczy zmień swój sposób myślenia o Mnie samym, o was jako moich dzieciach i o świecie stworzonym przeze Mnie dla was. Uznaj, że jestem twoim Ojcem. Chciej być moim dzieckiem i ochraniaj świat, w którym żyjesz, ponieważ Ja go stworzyłem i dałem go tobie w posiadanie.
Historia uczy nas, że człowiek może źle obchodzić się ze światem stworzonym przez Boga. Ile cierpień może zadać drugiemu człowiekowi. Słowa takie, jak wojna, prześladowania, wysiedlenia, ucieczki, to nie jakaś odległa historia. To są zjawiska współczesne, dziejące się na tej samej ziemi także i dziś. Przykładem tego jest wojna tocząca się na Ukrainie.
Takie właśnie trudne, bolesne wydarzenia miały miejsce także w naszej Ojczyźnie, co więcej, również na naszym terenie. Dlatego tym bardziej trzeba mówić o tym i wspomnieć tych, którzy nie godzili się na kolejną niewolę, ale pragnęli wolnej i sprawiedliwej Polski.
Wspominając jednego z nich, Stanisława Gujskiego, w dniu jego pogrzebu ks. prof. Michał Grzybowski mówił: „21 stycznia 1945 roku do Kozłówka i Łęga przyszła wolność, a z nią Sowieci, którzy niemal od pierwszych godzin wprowadzili swoisty terror wobec tych, których uważali za swoich politycznych przeciwników. Sowieckie NKWD polskimi rękami chciało robić porządek w zdobytym kraju. Pierwszą czynnością było aresztowanie akowców”.
Według badań IPN-u około 100 żołnierzy zostało zamordowanych przez zbrodniczą grupę Rypińskiego zwanego Rypą. Wśród nich są trzej bracia Gujscy – Ryszard, Julian i Kazimierz. Tablica upamiętniający ich oraz innych żołnierzy AK znajduje się w naszym kościele. Ponadto kilka lat temu umieszczono tablicę na budynku parafialnym, gdzie w tamtych mrocznych latach mieścił się posterunek i gdzie byli przesłuchiwani, bici i mordowani żołnierze AK z naszego terenu.
Dzisiaj wspominamy ich wszystkich, by oddać im należną pamięć, okazać im wdzięczność oraz modlić się dla nich o pełnię życia w Ojczyźnie niebieskiej, bo ziemskiej, wolnej i sprawiedliwej Ojczyzny nie doczekali.
W okresie Wielkiego Postu uświadamiamy sobie kruchość i tymczasowość ziemskiego życia, tak często narażonego na poniżanie, a nawet niszczenie. Jesteśmy wciąż wzywani do nawracania się, do przemiany naszego życia. Nowe życie może powstać nawet z popiołów. Tak nas uczą wywodzące się z ludzkiej tradycji obrzędy, których Pan Jezus nie odrzucił. Przeciwnie, przyjął je i nadał im szczególne znaczenie.
Prośmy zatem, by usłyszane i przyjęte Boże słowo zrodziło w nas pragnienie wiary, pragnienie liczenia się z Bogiem i Jego prawami. Z wielu stron dochodzą sygnały, że są dokonywane próby kwestionowania porządku natury czyli fundamentalnych praw wpisanych w ludzką naturę przez Stwórcę. Kwestionuje się odwieczny porządek moralny, tradycyjny model rodziny, a nawet tradycyjną wspólnotę narodową, widząc w nich źródła przemocy, nienawiści i wojen. Stąd globalistyczne idee, w duchu których w imię rzekomych praw człowieka zaprowadza się nowy porządek, dokonując na ogromną skalę eksterminacji dzieci nienarodzonych. A pod nazwą eutanazji, czyli dobrej śmierci, zabija się ludzi starych, chorych, niedołężnych. To nic innego, jak działanie Bestii pierwszej z Apokalipsy, która została tam ukazana jako stwór na podobiznę Smoka o siedmiu głowach, czyli wielkiej inteligencji wcielającej zbrodnicze idee oraz o potężnych niedźwiedzich łapach symbolizujących siłę i przemoc. My, katolicy powinniśmy to zauważać i za pomocą Bożego słowa demaskować szatańskie działanie międzynarodowych instytucji godzące w porządek Boży i uderzające w naszą wspólnotę, czyli Kościół, a także nasz naród z tradycyjnymi wartościami. I trzeba nam mocno się przeciwstawiać wszelkim diabelskim działaniom.
Trzeba nam najbardziej liczyć się z Bożym porządkiem czyli Bożym prawem, by godnie żyć, wzajemnie się szanować przestrzegając naszej chrześcijańskiej konstytucji, jaką jest Dekalog i Ewangelia. Tu znajdziemy najbardziej podstawowe prawa człowieka, prawa i obowiązki, które gwarantują właściwy rozwój człowieka i godną przyszłość Ojczyzny. A żyjąc zgodnie z Bożym prawem otworzymy się na dar życia wiecznego w bliskości Boga. Bo to jest nasze powołanie i sens życia na tej ziemi.
8. Dzień Kobiet, Dzień Ojca, Dzień Dziadka w świeckim kalendarzu, czyli uwielbienie człowieka
W tradycji świeckiej ukształtował się kalendarz konkurencyjny do kalendarza katolickiego. Zostały tam wpisane w poszczególne dni miesiąca osoby, które z różnych przyziemnych powodów zaczęto czcić. Do tych osób należą między innymi kobiety (8 marca), ojcowie (23 czerwca), matki (26 maja), dzieci (1 czerwca), dziadkowie (21 i 22 stycznia), wykonujący różne zawody, na przykład nauczyciele. Z perspektywy doczesnej zjawisko to wydaje się być czymś normalnym, ba nawet szlachetnym, bo są zauważane i doceniane poszczególne kategorie osób. Jakże miło jest kobietom 8 marca usłyszeć piękne słowa życzeń i otrzymać kwiatka. A jak szczęśliwa bywa matka, która od własnego dziecka otrzyma przynajmniej laurkę z życzeniami z napisem: Dla kochanej mamusi. Ucieszą się także dziadkowie, gdy w ich dniu odwiedzą ich kochani wnukowie. Kościół, nie widząc w tym nic niebezpiecznego, uśmiecha się w owych dniach do poszczególnych kategorii osób dołączając swoje religijne życzenia. Nawet czasem aktywnie włącza się w urządzanie akademii na ich cześć. Jednakże Bóg znika z horyzontu obchodów według tego kalendarza, po prostu jest nieobecny.
W tradycji katolickiej kalendarz wygląda całkowicie inaczej. W określone dni roku (Boże Narodzenie, Wielkanoc i inne) nazywane świętami są wpisane nade wszystko osoby Boskie dla oddania im najwyższej czci. Także jest wiele innych dni w roku obchodzonych jako święta Pańskie, kiedy wspominamy poszczególne wydarzenia i tajemnice z życia Jezusa Chrystusa. Jest też w kalendarzu katolickim wiele świąt maryjnych, w których czcimy zasługi Matki Bożej. Najwięcej jest świąt i wspomnień świętych męczenników i wyznawców, którym oddajemy cześć ze względu na ich wierność Bogu. We wszystkich tych dniach czczony i wielbiony jest nade wszystko Bóg, także w swoich aniołach i świętych.
W tym naszym katolickim kalendarzu jest także miejsce dla różnych kategorii osób, które można wspomnieć i, co najważniejsze, w kontekście religijnym. Wszak prawie wszyscy wykonujący poszczególne zawody mają swoich patronów. Czyż nie wtedy powinniśmy o nich pamiętać? Podobnie ma się rzecz z kategorią osób wedle ich stanu. Czyż kobiet nie powinno się wspominać w któreś ze świąt maryjnych, a nie 8 marca, w dniu z lewicową tradycją? A o szczególnej roli matek, ich macierzyństwie, czyż nie należałoby mówić w Kościele w święto Bożej Rodzicielki Maryi, czy w święto Maryi, Matki Kościoła? Ucieszyłem się szczerze z decyzji papieża Franciszka, który ustanowił dzień dziadków we wspomnienie świętych Joachima i Anny, dziadków Pana Jezusa. A czy poszczególne osoby nie powinny świętować imienin w dniu wspomnienia swojego patrona? Po co to odliczanie lat i obchodzenie urodzin? Chyba, że dla uświadomienia sobie, że coraz bliżej nam do śmierci. Można zrozumieć protestantów, którzy odrzucili kult świętych i nie chcieli obchodzić swoich imienin, a tym samym czcić swych patronów. Dlatego świętują Geburtstag. Ale pamiętajmy, że urodziny nie wyróżniają człowieka spośród innych istot żyjących na ziemi. Bo jak ktoś dosadnie powiedział, także świnie mają swoje urodziny, tylko że ich nie obchodzą.
Na koniec tych refleksji można zapytać czym tak naprawdę różni się kalendarz świecki od kalendarza katolickiego? W pierwszym czci się tylko człowieka, w drugim nade wszystko oddaje się chwałę i cześć Bogu samemu bądź w jego świętych. W kalendarzu świeckim nie ma miejsca dla Boga, a na Jego miejscu postawiono człowieka. Tego Kościół oficjalny jakby nie zauważa, chce być grzeczny i doceniać wszystko, co świat wymyśli, by być dobrze przez świat postrzeganym. A gdzie w tym wszystkim chwała Boża? Tak więc proces detronizacji Boga i wywyższania człowieka w świecie trwa. A Kościół życzliwie na to patrzy i nie widzi tu nic niewłaściwego. Smutne to.
9. Jezusowa godzina i godzina Kościoła
Za dwa tygodnie Święta Wielkanocne. Zbliżamy się zatem do serca, do centrum chrześcijaństwa, do owej Jezusowej godziny. Godziny, w której szatańskie ciemności zdawały się odnosić triumf nad światłością. Ale także zbliżamy się do godziny uwielbienia, zwycięstwa życia nad śmiercią, dobra nad złem. Zwycięstwa Chrystusa – Bożego Baranka.
Słowo Boże piątej niedzieli Wielkiego Postu przybliża nam nieco wymowę owej godziny. Jest to godzina odrzucenia i pogardy, w obliczu której Jezus doznaje lęku. Co więcej, woła: „Ojcze, wybaw mnie od tej godziny!” To była przecież godzina krzyża, męki i śmierci. Dlatego wobec tajemnicy tego na wskroś ludzkiego dramatu Boga – Człowieka najlepiej byłoby milczeć.
Jezus w tym fragmencie Ewangelii kieruje do nas bardzo ważne słowa, które pokazują kiedy tak naprawdę żyjemy prawdziwie, owocnie, kiedy należymy tak naprawdę do Chrystusa. „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”(J 12, 24-25).
Te słowa, stanowiące istotny nerw Ewangelii, przypominają nam o tym, aby żyjąc na tym świecie nie ulec jego pokusom, którymi nas mami, przyciąga i chce pochłonąć bez reszty. „Patrz, to wszystko może być twoje, tylko pod jednym warunkiem: jeśli oddasz mi pokłon”. Tak, to jedna z szatańskich pokus, która nie ominęła także Jezusa na pustyni. A tym bardziej nie omija nas, pragnących zasmakować niemalże wszystkiego, co świat nam podsuwa. A trzeba powiedzieć, że problemem czasów nowożytnych, także problemem Kościoła stał się stosunek do świata doczesnego, do całej rzeczywistości ziemskiej. Nastąpiło totalne przechylenie w stronę doczesności. Ważniejsze dla człowieka stało się to życie na ziemi. Nie Bóg, ale człowiek stanął w centrum uwagi. Nie życie wieczne, ale życie doczesne zawładnęło wyobraźnią człowieka. Człowiek współczesny tak przylgnął do świata, że ani myśli o „przeprowadzce”, która każdego czeka. A Jezus wyraźnie mówi, że kto kocha to ziemskie życie, straci je, a kto ma dystans do tego życia, osiągnie życie wieczne. Może i ta cała epidemia przyszła po to, aby nas ostrzec przed uleganiem pokusom tego świata i oddawaniem pokłonu Szatanowi. I może ta cała zaraza jest fragmentem apokaliptycznych plag mających potrząsnąć ludzką wyobraźnią, by przypomnieć nam w symbolu konia trupiobladego, o śmierci, jaka każdego czeka, ale i odpowiedzialności za to życie i o życiu wiecznym, na jakie zasłużymy. Trzeba nam dokonać gruntownej rewizji naszego stosunku do tego życia, aby ono nie stało się złotym cielcem uciechy, ale narzędziem naszego duchowego wzrostu, by przez nie Bóg został bardziej poznany i uwielbiony. Bo jeśli świat nie skieruje nas do Boga, to wcześniej czy później pochłoną nas szatańskie bestie z Apokalipsy.
Godzina Jezusowa, o której mowa w dzisiejszej Ewangelii, to pełnia czasu, kiedy to na krzyżu została stoczona z Szatanem ostateczna batalia o człowieka. To wtedy dokonało się ostatnie kuszenie Chrystusa, kiedy Szatan przez szyderców wołał: „…jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!, … a uwierzymy Tobie!” Jezus zniósł tę ostatnią pokusę i wierny Bogu Ojcu złożył swoje życie w ofierze, aby w ten sposób ludzkość odkupić. Odkupienie więc dokonało się. Ale walka o zbawienie dusz trwa. Dramat spod Jezusowego krzyża rozciąga się przez wieki tworząc czasy ostateczne. Czasy szczególne, bo w nich całe wojsko niebieskie – zastępy aniołów i rzesze świętych wspomagają nas, cały Kościół walczący w walce z demonami o nasze zbawienie. W tym oto kluczu trzeba widzieć i rozumieć to wszystko, co się także obecnie dzieje. Trzeba nam na nowo odkryć duchowy wymiar walki na tym świecie, walki o życie wieczne. Widzimy, jak na naszych oczach kończy się tak zwany Kościół otwarty, otwarty na inne, fałszywe religie, na heretyckie wyznania w imię opatrznie rozumianego braterstwa. Wydawało się, że tak kształtowany Kościół, zbratany z całym światem, będzie mocny, objawi siłę Bożą i podniesie morale ludzkości. A zaledwie po kilkudziesięciu latach szerzenia nowej teologii pojednania ze światem znaczna część Kościoła uległa liberalnym prądom i okazała się zwietrzałą solą, nadającą się jedynie do wyrzucenia i podeptania przez pogan. I Bóg rękami pogan oczyszcza Kościół. Coraz bardziej przekonujemy się, że Kościół, jeśli chce być Mistycznym Ciałem Chrystusa, wiernym Bogu, musi nie tylko zmagać się z grzechem, ale walczyć z ciemnymi mocami tego świata, przeciwstawiać się także diabelskim działaniom przenikającym światowe instytucje. Kościół musi być solą ziemi, a nie słodzikiem dogadzającym próżnym ludziom, jak to ujął ks. Robert Skrzypczak, wnikliwy analityk czasów nam współczesnych.
Niech w odważnym byciu katolikami wspierają nas całe zastępy aniołów i świętych na wyżynach niebieskich. Niech nas wspiera św. Józef, patron Kościoła Świętego, postrach duchów piekielnych.
10. Apel w obronie Bożego porządku
W Niedzielę Palmową 2021 roku skierowałem do parafian apel religijny, aby katolicy po raz kolejny nie pozwolili sobie odebrać prawa, a może bardziej przywileju i powinności jednocześnie, do oddawania najwyższej czci Bogu w Trójcy Jedynemu. To wynika z Bożego porządku, który został objawiony w Dekalogu i przykazaniu miłości Boga nade wszystko. Uwielbienia Boga w liturgii domaga się także nasza wiara i wdzięczna miłość za dar odkupienia. A z pewnością nie ma ważniejszych świąt w całym roku liturgicznym nad Triduum Paschalne uwieńczone Niedzielą Zmartwychwstania. Gdyby bowiem Chrystus nie zmartwychwstał, daremna by była nasza wiara – pisał św. Paweł Apostoł (por. 1Kor 15,14-15).
Forma apelu ma to do siebie, że nie jest to spokojna refleksja na jakiś temat, ale jest to zwięzła, mocna, czasem szokująca forma, która ma na celu emocjonalnie poruszyć odbiorców z uwagi na ważną treść. Ten mój zdecydowany i mocny głos był wyrazem mego niepokoju o wiarę w Kościele, która, jak można odnieść wrażenie, narzucanymi ograniczeniami praktyk religijnych już od ponad roku świadomie czy nieświadomie jest „wygaszana”. Skutki tych ograniczeń i paraliżu religijnego dostrzegamy już dzisiaj. W zestawieniu z ogłoszoną pandemią wyznawanie wiary, do czego jesteśmy przez Chrystusa wezwani, w rozumieniu wielu stało się mniej ważne i podporządkowane pod operację walki z konkretną chorobą. Dla bardzo wielu katolików zdrowie stało się najważniejsze, ważniejsze od życia sakramentalnego, życia nadprzyrodzonego. A przecież w nauczaniu Kościoła w hierarchii ważności życie nadprzyrodzone i zbawienie, do którego wiara prowadzi, stoi wyżej niż zdrowie i życie doczesne. Problem chyba jest w tym, że osoby wierzące, nasiąknięte herezją modernizmu, gdzie świat i człowiek jest na pierwszym miejscu, już zatraciły w swojej świadomości poczucie wyższość świata nadprzyrodzonego. Ich wiara została wypłukana z bojaźni Bożej oraz liczenia się z Bogiem i jego prawami. Jest to często wiara deistyczna, gdzie Pana Boga odsuwa się od spraw tego świata, a dopuszcza się tylko na tyle, na ile widzi się korzyść doczesną. Według ludzi tak myślących wiara musi koniecznie być bezpieczna. A przecież w historii Kościoła Chrystusowego nigdy tak nie było. Potwierdzają to świadectwa męczenników, o czym też wspomniał kardynał R. Sarah w dokumencie Z radością powróćmy do Eucharystii, gdzie powołał się na świadectwo męczenników z Abiteny, którzy dla udziału w Eucharystii ryzykowali własnym życiem, bo wyznali, że nie mogli żyć bez niedzielnej Mszy św. To potwierdza słuszność moich słów w tej kwestii.
Kardynał Sarah w przytoczonym dokumencie przypomniał też o potrzebie zachowania niektórych zasad. Należna troska o przestrzeganie norm higieny i bezpieczeństwa nie może prowadzić do sterylizacji gestów i rytów. Nie może też zaszczepiać w wiernych lęku i poczucia zagrożenia. Od biskupów oczekuje się roztropnej, ale też stanowczej postawy wobec rządzących, którzy usiłowaliby zredukować celebrację Eucharystii do zwyczajnego zgromadzenia, porównywalnego, a nawet mniej ważnego niż spotkania rekreacyjne. Szef watykańskiej kongregacji jednoznacznie też stwierdził, że normy liturgiczne nie należą do kompetencji państwa, lecz jedynie władz kościelnych. Ponadto należy ułatwiać wiernym udział w sakramentach, jednakże bez improwizacji i eksperymentów liturgicznych, lecz z pełnym zachowaniem norm i z dbałością o piękno obrzędów. Nie ma mowy o przyzwoleniu na redukowanie i upraszczanie liturgii. Oprócz nauczania Kościoła także Konstytucja RP gwarantuje ludziom wierzącym prawa do wolności religijnej i swobodnego wyznawania swojej wiary.
A oto treść apelu:
„Drodzy Parafianie! Zwracam się do was z apelem nie epidemicznym, ale religijnym. Zbliżają się najważniejsze święta naszej wiary. Nie pozwólmy szatańskim siłom odebrać prawa do świętowania kolejnych świąt wielkanocnych, świętowania Męki, Śmierci i Zmartwychwstania naszego Pana Jezusa Chrystusa. Świat pogański czyni wszystko, aby zniszczyć wiarę i Kościół, wykorzystując do tego ogłoszoną pandemię, cynicznie grając na ludzkich lękach, a uczęszczanie do kościoła nazywa wielką nieodpowiedzialnością, czy nawet grzechem. To między innymi osoby organizujące tak zwane marsze kobiet z hasłami nienawiści do Kościoła, wzywają do kontrolowania liczby wiernych na nabożeństwach. Pamiętajmy jednak, że świątynia to nie sklep, dom kultury czy sala teatralna, gdzie władza może ingerować. Kościół to dom Boży, gdzie Bóg odbiera należną chwałę i uwielbienie. Tu jest sprawowana Najświętsza Ofiara, tu jest głoszone słowo Boże i są sprawowane sakramenty. Naszą powinnością jako katolików jest oddanie najwyższej czci Bogu, wypełniając Boże przykazanie: “Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” oraz “Będziesz miłować swego Boga całym sercem, całą duszą i ze wszystkich sił”. Tego Bożego porządku nie może uchylić żadna władza, ani duchowna, ani świecka. Nie ma wyższych wartości od miłości Boga wyrażonej w oddanej czci podczas Najświętszej Ofiary i od życia nadprzyrodzonego, które prowadzi do zbawienia. Nawet zdrowie i życie doczesne stoją niżej od wartości nadprzyrodzonych. Inaczej nie byłoby męczenników za wiarę. Ich czyny byłyby postrzegane jako nieodpowiedzialne, bo powodowały cierpienia i utratę życia. A Jezus mówił wprost, że “ten, co kocha swoje życie na tym świecie, straci je, a kto ma w nienawiści to życie – czyli ceni nad nie wyżej Boga – zachowa je na życie wieczne”.
Nie lękajmy się życia oddanego Bogu. On bierze w obronę tych, co mu ufają. I do nich należy zwycięstwo, bo idą drogą ofiary za Chrystusem”.
11. Czy Żydzi naprawdę nie potrzebują nawrócenia do Chrystusa?
Postawienie takiego pytania może wydawać się co najmniej dziwne. Przecież Chrystus przed wniebowstąpieniem skierował do apostołów nakaz misyjny, który nie wykluczał żadnej narodowości, żadnej grupy ludzi, żadnego człowieka. Wszak powiedział: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). To skąd takie pytanie, które sugeruje jakoby Żydzi mieli inną ścieżkę prowadzącą do zbawienia?
Po raz pierwszy temat ten zaintrygował mnie, gdy porównałem modlitwy wielkopiątkowe za Żydów.
W Mszale Rzymskim z 1962 roku, jeszcze przed reformą liturgiczną, modlitwa ta, jako ósma z kolei, była zatytułowana: O nawrócenie Żydów. Wezwanie do niej brzmiało następująco: „Módlmy się także za Żydów: niech Bóg i Pan nasz usunie zasłonę z ich serc, aby i oni uznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego”. Po czym miała miejsce sama modlitwa: „Wszechmogący wieczny Boże, Ty nie odmawiasz Swego miłosierdzia także Judejczykom, wysłuchaj naszych modlitw za ten zaślepiony lud. Niech zaznawszy światła Twej prawdy, którym jest Chrystus, zostanie wybawiony ze swoich ciemności”. Było więc jasne, że Kościół w tym dniu modlił się o to, aby także Żydzi w Jezusie Chrystusie uznali swego Zbawiciela.
Natomiast w obecnym Mszale Rzymskim wezwanie do modlitwy za Żydów jest na szóstym miejscu i brzmi następująco: „Módlmy się za Żydów, do których przodków Pan Bóg przemawiał, aby pomógł im wzrastać w miłości ku Niemu i w wierności Jego przymierzu”. Po czym następuje sama modlitwa: „Wszechmogący wieczny Boże, Ty dałeś swoje obietnice Abrahamowi i jego potomkom; wysłuchaj łaskawie prośby swojego Kościoła, aby lud, który niegdyś był narodem wybranym, mógł osiągnąć pełnię odkupienia”. Nie ma więc tu mowy o Chrystusie, którego należy uznać za Zbawiciela.
Pewnie bym się nie zdziwił gdyby z modlitwy za Żydów, jako jednej z wielu, zrezygnowano. Oznaczałoby to, że Kościół po prostu ich nie wyodrębnił i modli się za nich w ogólności, dołączając ich do całej ludzkości.Ale, jak widzimy, naród żydowski został zauważony, tylko Chrystus nie został tu uwzględniony. Czy rzeczywiście Żydzi nie potrzebują Chrystusa?
W książce Dogmat i tiara autorstwa Pawła Lisickiego, w rozdziale zatytułowanym W stronę nowego Kościoła; Starsi bracia i ojcowie mowa jest o wypowiedziach papieży posoborowych, które wskazują, że faktycznie Żydom nie trzeba głosić Chrystusa i modlić się za nich, aby się do Niego nawrócili. Mają oni bowiem swoją drogę prowadzącą do zbawienia. Zdumiewające to, ale niestety takie sformułowania istnieją.
Do nich należą wypowiedzi Jana Pawła II podczas pobytu w Moguncji w Niemczech w 1980 roku. Według O’Briena papież odrzucił ideę nawracania Żydów i poparł trwałość ich przymierza wbrew słowom Listu do Hebrajczyków (Hbr 8,13). O’Brien ten papieski pogląd przedstawił w następujący sposób: „Stare Przymierze i przeznaczenie Żydom roli narodu wybranego nigdy nie zostało uchylone (odrzucone). To oznacza, że odrzuca się cel nawrócenia Żydów i akceptuje się fakt, że zostaną zbawieni jako naród – bez konieczności chrztu”. Ponadto stwierdzenie: „Stare Przymierze nigdy nie zostało odwołane” znalazło się w najnowszym Katechizmie (KKK 121).
Natomiast arcybiskup Stanisław Gądecki, będący swego czasu przewodniczącym Komisji do spraw Dialogu z Judaizmem, w 2008 roku powiedział wprost: „My mówimy, że Żydzi i chrześcijanie tworzą jeden lud Boży i że to, co dotyczy drogi zbawienia, u nich realizuje się przez Mojżesza, a u nas przez Chrystusa”. Wypowiedź ta stoi w jawnej sprzeczności ze słowami Chrystusa (J 5,45-46). Według słów tej Ewangelii nauka Mojżesza wyraźnie wskazuje na Chrystusa.
Także Benedykt XVI w 2018 roku w artykule zamieszczonym w piśmie „Herder Korrespondenz” pisał o wyjątkowej drodze Żydów do zbawienia. Uznał, że „judaizm i chrześcijaństwo oznaczają dwa sposoby wykładni Pisma” i że Chrystus polecił głosić Słowo wszystkim narodom i kulturom. Dlatego „nakaz misyjny jest uniwersalny – z jednym wyjątkiem: misjonowanie (nawracanie) Żydów po prostu dlatego, gdyż nie było to przewidziane i konieczne, ponieważ tylko oni sami spośród wszystkich narodów znali Boga nieznanego”.
Są to zdumiewające i zaskakujące wypowiedzi. Przecież cały Nowy Testament wyraźnie mówi, że wiara w Jezusa jako Mesjasza jest do zbawienia konieczna. Dotyczyła ona w pierwszej kolejności Żydów, do których Jezus został posłany. Do Żydów najpierw zwracał się apostoł Paweł. A Piotr przede wszystkim apostołował obrzezanych. (Gal 2,7-10). I wszyscy następcy Piotra przez dwadzieścia wieków na różne sposoby starali się te misje wśród Żydów wspierać, aż do Piusa XII włącznie.
Teza, że Żydzi nie potrzebują nawrócenia do Chrystusa jest sprzeczna zarówno z Ewangelią, jak i z całą Tradycją Kościoła. Głoszenie zbawienia w Chrystusie wszystkim narodom, także Żydom, należy bowiem do misyjnego nakazu naszego Pana i jest najwyższą formą miłości.
12. Nawrócenie duszpasterskie?
Żyjemy w dobie potężnego kryzysu wiary w Kościele, lekceważenia niezmiennej doktryny wiary oraz sakramentów świętych, w czasie odrzucania, by nie powiedzieć walki z Tradycją Kościoła, aby promować nowe, wymyślone formy aktywności religijnej. W czasie kiedy należałoby nawrócić się w wymiarze najgłębszym, duchowym i przylgnąć do niezmiennych prawd wiary, nade wszystko do samego Boga, mówi się na okrągło o jakimś nawróceniu duszpasterskim. Cóż to za nowość? Czegoś takiego w całej historii Kościoła nie było. Mówiło się po prostu o potrzebie nawrócenia, bez jakichkolwiek dookreśleń, co zawsze rozumiano jednoznacznie. Nasuwa się tu pewna analogia ze słowem „demokracja”, do którego w swoim czasie dołożono słowo „ludowa”. Jaki był tego skutek dobrze wiemy. Podobnie rzecz się ma z tym naszym religijnym neologizmem. Nie przeczę, że można roztropnie wprowadzać pewne nowe formy duszpasterskie, które przyczynią się do umocnienia i ożywienia wiary, ale to nie oznacza odrzucenia form dotychczasowych. A tą przedziwną zbitką sugeruje się porzucenie tradycyjnych form duszpasterskich, aby za wszelką cenę wprowadzić nowe. Bo nawrócenie to odejście, wręcz porzucenie starego życia na rzecz nowego. Idąc tym tokiem rozumowania należy więc porzucić stare formy duszpasterstwa na rzecz nowych. Tylko jak te metody mogą być lepsze?
Weźmy na przykład spowiedź. Każdy kto nawet już dawno nie był u spowiedzi zapewne nie miałby problemu ze znalezieniem świątyni z konfesjonałem i określonym czasem sprawowania sakramentu pokuty. Ale „nowoczesny” duszpasterz nie będzie wyznaczał normalnych godzin spowiadania w ciągu dnia, lecz wyznaczy je w nocy. Bo to inaczej, oryginalnie. Szczyt oryginalności w tym temacie to konfesjonał obwoźny podstawiany pod bloki mieszkalne. To już chyba dosłownie cyrk na kołach i totalne ośmieszenie sakramentu pokuty.
Inny sakrament, który domaga się najwyższej czci, to Najświętszy Sakrament. Celebrowany jest podczas Mszy św., ale też adorowany w czasie różnych nabożeństw oraz podczas procesji eucharystycznych. Jak wygląda tradycyjna procesja eucharystyczna to chyba każdy wie. Z wielką powagą i czcią niesiony jest Najświętszy Sakrament w monstrancji, pod baldachimem, w otoczeniu asysty procesyjnej. Niesione są też chorągwie i inne paramenty procesyjne. Dzieci idące przed kapłanem z monstrancją sypią kwiatkami. Dla niektórych taka forma religijnej procesji stała się zbyt staroświecka. Żeby ją unowocześnić i podnieść jej atrakcyjność ktoś wpadł na pomysł, aby niektóre jej detale zmienić. Zaczęto oczywiście od Hostii, powiększając jej rozmiar do wielkości dużego koła od roweru, a sypanie kwiatkami zastąpiono tanecznymi figurami, co miało jej nadać nieco dynamizmu i wdzięku. Z dumą opowiadał o tym niebywałym pomyśle nietuzinkowy pasterz, znany skądinąd ze stadionowych liturgicznych ekscesów.
Podobnie rzecz się ma z nową ewangelizacją, którą niektórzy rozumieją nie jako potrzebę głoszenia kerygmatu na nowo, niekiedy od podstaw, ale uruchomienie nowoczesnych metod nauczania prawd katolickiej wiary. Tak więc ci zwolennicy nowoczesnych form ewangelizacji uznali, że misje ludowe, czyli gruntowny tygodniowy przekaz najważniejszych prawd wiary to już przeżytek i trzeba szukać czegoś nowego. I oto wymyślili głoszenie kerygmatu połączone z tak zwanym świadectwem wiary. Oto ktoś na ogół nieznany staje przed obecnymi w kościele i opowiada swoją historię wyznając publicznie własne, wcześniejsze grzechy, niekiedy ku zgorszeniu wielu, a przynajmniej wywołując zniesmaczenie u słuchaczy. A potem opowiada jak to Pan Bóg cudownie wkroczył i odmienił jego życie. Cóż na to biedny słuchacz? Słucha tych niesamowitych opowieści z zadziwieniem, a co niektóry może i z pewną dozą zazdrości. Bo on akurat nie doświadczył podobnych cudowności. Może jedynie poczuć się zawstydzony, że jeszcze mu tak wiele brakuje. A nie odważy się zapytać: Panie, cóż ja mam robić, aby doświadczyć takiej łaski? Ale może też pojawić się pytanie zgoła inne, jak to się zdarzyło w pewnej parafii. „Co to jest, czy to jakaś sekta?” – zapytał szeptem mąż stojącej obok niego żony. Nie chciałbym, aby dalej w taki sposób wprowadzano zamęt i poirytowanie wśród parafian. Bo takimi żenującymi metodami, graniczącymi z duchowym ekshibicjonizmem, w nikim wiary się nie umocni.
Pozostańmy przy tych kliku przykładach, aby poczynić smutną refleksję dotyczącą odchodzenia od zdrowej wiary zakorzenionej w prawdziwej religijności oraz niszczenia tradycyjnych form jej wyrażania. Jeśli widzimy, że wiara gaśnie, że ludzie tracą poczucie Boga i nadprzyrodzoności, to przyczyna leży zapewne nie w tradycyjnych formach wyrazu. Byłoby rzeczą wręcz nielogiczną, aby doświadczenie życia nadprzyrodzonego można było urzeczywistnić za pomocą wymyślonych nowych form, z towarzyszeniem specjalnych efektów świetlnych czy muzycznych, bądź przez machanie kolorowymi tkaninami. Te swoiste sztuczki, które sprowadzają się do sterowania ludzkimi emocjami, mogą co najwyżej wyzwalać pewne stany naturalnych uczuć, co nie jest równoznaczne z przeżywaniem autentycznej łaski wiary. Wiara bowiem to nie emocje, to też nie samo zaufanie. Wiara to na pierwszym miejscu stanięcie wobec tajemnicy Boga i przyjęcie aktem rozumu i woli objawionych prawd Bożych. Pan Bóg daje się nam w bardzo prostych i skromnych formach, a też i w ciszy. Wiara to rzeczywistość obiektywna, nadprzyrodzona, której człowiek nie jest w stanie wykreować za pomocą żadnych ludzkich trików. Żadne, w tym też nowe formy duszpasterskie czy ewangelizacyjne, nie mają w sobie mocy wykreowania wiary. Nie silmy się zatem na jakieś oryginalne pomysły, które miałyby wskrzesić wiarę, bo tak naprawdę szkoda marnować energię. Bo tu potrzebne nie duszpasterskie, ale zwyczajne nawrócenie.
13. Bóg karze, bo nas kocha i chce nas zbawić
W liturgii czwartej niedzieli Wielkiego Postu mowa jest o ludzkiej nieprawości, o lekceważeniu Boga i szydzeniu z Bożych wysłanników. Ale też mowa jest o karze, jaką Bóg dopuszcza. Tak działo się z narodem wybranym. W Księdze Kronik jest napisane, że dla bardzo wielu nie było już ocalenia. Bóg pozwolił nawet na spalenie świątyni, zburzenie murów i pałaców w Jerozolimie. Ocalała spod miecza reszta została uprowadzona do niewoli. Dla człowieka w czasach Starego Testamentu, człowieka wiary, było jasne, że los, jakiego doświadczyli Izraelici to nie tylko skutek agresji obcego mocarstwa, ale także następstwo bezprawia samego narodu wybranego i objaw gniewu Bożego.
Dziś, o ile świat toleruje tak przedstawioną interpretację Biblii, czyli nieszczęście jako Bożą karę za nieprawości, to jednak podnosi głośny krzyk, gdy ktoś próbuje w podobny sposób opisać współczesne tragedie i nieszczęścia.
Dobitnym tego przykładem było przed laty oburzenie środowisk liberalnych na komentarz ks. Gerharda Wagnera, który próbował właśnie w duchu biblijnym zinterpretować tragiczne następstwa huraganu, jaki miał miejsce w 2005 roku w Nowym Orleanie. Otóż w pisemku parafialnym zamieścił komentarz następującej treści: „Huragan Katrina zniszczył nie tylko wszystkie nocne kluby i domy publiczne, ale także pięć (!) klinik aborcyjnych. Czy wiecie, że dwa dni później była tam zaplanowana parada stu dwudziestu pięciu tysięcy homoseksualistów? Powoli staje się jasne, jak nieopisana niemoralność panowała w tym mieście”. Wobec takiej sytuacji ks. Wagner pytał: „Czy to uderzające nagromadzenie klęsk żywiołowych jest następstwem tylko zanieczyszczenia środowiska naturalnego przez człowieka, czy nie jest także następstwem »duchowego zanieczyszczenia«?”. Ks. Wagner nie użył słowa „kara Boża”, które przypisywano mu w mediach. Choć miał do tego prawo i uzasadnioną rację. Zaprosił do myślenia na temat powiązania między katastrofami a grzechem. Ten komentarz poczytano jako skandal, dlatego też po nominacji na biskupa ks. Wagner pod wielką presją musiał złożyć rezygnację. Przykład ten pokazuje, jak świat daleko odszedł od Biblii, od słowa Bożego. Jak potrafi narzucać własne interpretacje dziejów ludzkich, nie dostrzegając już żadnych skutków grzechów, wszelkich nieprawości. Ba, nawet nie chce mówić o grzechu, o moralności. Nawet zagładę Sodomy i Gomory próbuje się zinterpretować w ten sposób, że mieszkańcy tych miast ponieśli karę, gdyż nie chcieli przyjąć uchodźców. Prawo moralne zastępuje się prawem stanowionym. W konsekwencji tylko to będzie złe i naganne, co będzie niezgodne z prawem stanowionym w parlamentach. I dzisiaj jesteśmy świadkami wielkiej presji ze strony europarlamentu na kraje członkowskie, aby przyjęły bezbożne prawo stanowione przez europosłów, prawo, które dla katolika jest nie do przyjęcia, gdyż uderza w Boże prawo i wywraca naturalny porządek.
Jeszcze dwadzieścia lat temu nie było mowy o zalegalizowaniu związków osób tej samej płci czy eutanazji. Po roku dwutysięcznym już ponad dwadzieścia państw, z Holandią na czele, zalegalizowało takie związki oraz eutanazję i to nawet eutanazję dzieci. I jest też duży nacisk na to, aby aborcję, czyli tę straszną rzeź niewiniątek (rocznie w świecie dokonuje się ponad 40 milionów takich morderstw) wpisać na listę podstawowych praw człowieka. Tak diabeł szaleje. Czyż ludzkość nie zasługuje na wielką karę za taką bezbożność i bestialstwo? Stąd ta nieustająca walka środowisk wiernych Kościołowi o respektowanie prawa Bożego, w tym daru życia.
Gdybyśmy w naszych rozważaniach zatrzymali się na Bożej karze jako skutku grzechu, nie poznalibyśmy pełnego sensu Bożej interwencji. Nawet gdy Bóg wyciąga karzącą rękę, to pod tym działaniem kryje się miłosierdzie. Lepiej bowiem gdy Bóg doświadcza ludzkość różnymi plagami by uratować wielu od potępienia wiecznego, niż gdyby ludzie żyjąc w dobrobycie staczali się do piekła. I w ten sposób Bóg wchodzi w ludzkie dzieje z wielkim miłosierdziem aby nas ratować. Nawet wtedy, gdy doświadcza cierpieniem czy zniszczeniem dóbr ziemskich, to za tym stoi jego miłosierdzie. Czasem bowiem trzeba mocnego uderzenia, żeby człowiek zrozumiał i opamiętał się, zawrócił z drogi nieprawości i demoralizacji innych. Aby przestał lekceważyć Boga i jego prawa.
Spoglądając na dzisiejszy świat, na głęboki stan demoralizacji, na zbrodnie dokonywane na dzieciach, na stopień niewiary, apostazji i bluźnierstw względem Boga, czyż może dziwić zaistniała epidemia, która pozbawia życia i zdrowia setki tysięcy ludzi? Bóg nie oszczędził nawet świątyni w Jerozolimie, która została spalona za naśladowanie obrzydliwości narodów pogańskich i za akty jej bezczeszczenia. Czyż dzisiejsze płonące świątynie, często przez wielu opuszczone i zapomniane, nie są znakiem gniewu Bożego za pogardzenie domem Bożym i Najświętszą Ofiarą? Aż strach pomyśleć co może spotkać bazylikę św. Piotra w Rzymie za pewne akty bliskie profanacji. Pamiętamy, jak podczas trwania synodu amazońskiego hierarchowie, za przyzwoleniem papieża Franciszka, nieśli w procesji pogańską figurę przedstawiającą Pachamamę, indiańską boginię płodności, przed którą Aztekowie przed wiekami składali ofiary z dzieci.
Tylko Bóg jest w stanie zatroszczyć się o nasze najwyższe dobro, o nasze zbawienie. W rozmowie z Nikodemem Jezus powiedział: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, aby świat został przez Niego zbawiony”. Jest zatem ogromną wolą Bożą zbawić nas. I w tym objawia się Boże miłosierdzie. Ale Jezus uzależnia to od naszej wierności, od wiary w Jego słowa. Trzeba poważnie traktować Jezusowe słowa. Bo właśnie mocą tych słów i mocą swojej łaski Bóg nas przemienia, odradza i zbawia.
14. „Przestań się lękać!”
W drugą niedzielę Wielkanocy słyszymy słowa naszego Zbawiciela, który zwyciężył, który pokonał śmierć, piekło i Szatana. Dzisiaj przemawia więc do na Chrystus zmartwychwstały i uwielbiony, przemawia do nas wprost z nieba, gdzie zasiadł po prawicy Ojca. A my spoglądamy na Chrystusa, Króla i Pana wszechświata i wszechczasów, zasiadającego na boskim tronie, mającego pełną władzę nad nami.
Jezus najpierw przyszedł do zalęknionych apostołów zgromadzonych w Wieczerniku, który zamknęli z obawy przed Żydami. Nowa rzeczywistość ich po prostu przerosła. Wprawdzie słyszeli od Jezusa, że powstanie z martwych, ale tego tak sobie nie wyobrażali. Tak bardzo ich oczy były na uwięzi, że nawet jeden z nich, Tomasz, do końca nie dowierzał, aż sam naocznie się przekonał. Tak więc dopiero spotkanie ze Zmartwychwstałym, a ostatecznie zesłanie Ducha Świętego wyzwoliło apostołów z wszelkich lęków i uczyniło ich odważnymi świadkami wiary.
Tej odwagi dzisiaj Kościołowi, zarówno pasterzom, kapłanom, jak i osobom świeckim brakuje. O wszystko się lękamy, o zdrowie, o bezpieczeństwo, o przyszłość, o urząd, o pozycję społeczną, o to, co inni o nas powiedzą, napiszą, czy doniosą, ale najmniej dzisiaj ludzie boją się utraty zbawienia. To między innymi źle pojęta idea Bożego miłosierdzia przyczyniła się do lekceważenia spraw ostatecznych, lekceważenia sądu Bożego, grzechów śmiertelnych, które sprowadzają wieczne potępienie, wątpienie w istnienie piekła i sił demonicznych, które wdarły się i dalej przenikają Kościół, by go niszczyć, odcinając od Boga, a upodabniając go do świata. Przez to Kościół staje się jedną ze światowych agend troszczących się głównie o sprawy doczesne, takie jak zdrowie, ekologia, klimat, pokój, braterstwo, a najmniej o wieczne zbawienie. W ten sposób ludzie Kościoła realizują wizję Antychrysta, który przeciwstawia się Chrystusowi z krzyżem, stojącym w konflikcie ze światem i jego szatańską pychą. Duch Antychrysta tak przenika świadomość Kościoła, że kult Boży jest banalizowany, traktowany niepoważnie, stawiany niżej niż wszystkie inne dobra doczesne. Kiedy wreszcie powiemy jak prześladowani z czasów pierwszych wieków, że „my nie możemy żyć bez Eucharystii”? Niech ludzie zalęknieni nabiorą odwagi i zaczną poważnie traktować swoją wiarę, a nade wszystko Boga samego, w tym Jezusa Chrystusa, który za nas śmierć poniósł i zmartwychwstał, aby nas wyzwolić z marnego, grzesznego życia na tej ziemi i doprowadzić nas do zbawienia.
Dzisiaj Kościół odczytuje fragment Apokalipsy św. Jana, który miał objawienie na wyspie Patmos. Apostoł wszystko to, co zobaczył przekazuje Kościołowi, aby go umocnić w wierze. Pisze jako współuczestnik w ucisku i królestwie, i wytrwałości w Jezusie. Usłyszał potężny głos jakby trąby mówiący: „Co widzisz, w księdze napisz i poślij siedmiu Kościołom, które są w Azji”. Polecenie to padło z myślą o chrześcijanach wszystkich czasów, także i o nas. I św. Jan wykonał to polecenie. Napisał to, co widział. I Apokalipsa św. Jana stała się częścią Biblii, ostatnią księgą Nowego Testamentu. Trzeba nam sięgać do niej, otwierać ją, czytać i objaśniać, by Chrystus, zwycięski Król i Pan był bardziej poznany, by Jemu oddawano cześć i chwałę, jak jest napisane w tej Księdze – bo godzien jest Baranek otrzymać cześć i chwałę i moc i mądrość. Niech więc każda liturgia Mszy św. będzie sposobnością, by oddać chwałę należną całej Trójcy Świętej.
Gdy św. Jan zobaczył Syna Człowieczego obleczonego w szatę do stóp i przepasanego na piersiach złotym pasem, symbolami Boskiej władzy, padł jak martwy. Jezus widząc jego przerażenie położył na nim prawą rękę, mówiąc: «Przestań się lękać! Jam jest Pierwszy i Ostatni, i żyjący. Byłem umarły, a oto jestem żyjący na wieki wieków i mam klucze śmierci i Otchłani. Napisz więc to, co widziałeś, i to, co jest, i to, co potem musi się stać».
Po pierwsze mamy przestać się lękać. Uczeń Jezusa, który się lęka o siebie, o swoje życie, to żaden uczeń, tym bardziej żaden apostoł. On nie jest zdolny żyć dla Boga, miłować Go ponad wszystko i oddać życie za Chrystusa. Szatan robi wszystko, abyśmy się bali. Bali się ludzi, bali się choroby, bali się śmierci. Lęk nazywa roztropnością, aby ludzie ostatecznie wszystko utracili – i to życie doczesne i to życie wieczne z Bogiem.
15. Towarzysz Bóg, braterstwo, przemoc, wykluczeni, ekologia…
Człowiek jest istotą myślącą, a dzięki temu kreatywną. Ta kreatywność może odnosić się nie tylko do własnych wytworów, ale również do stworzonej rzeczywistości. Wówczas człowiek nie tylko opisuje tę zastaną rzeczywistość za pomocą pojęć, ale też za pomocą odpowiedniego języka często ją zniekształca, czyli przedstawia ją nie taką, jaka jest, ale taką, jaką chce ją postrzegać dla pewnych wytyczonych przez siebie celów. Inaczej mówiąc i bardziej dosadniej – zakłamuje ją. A przecież odwiecznym zadaniem filozofii i ludzkiego rozumu było poznawanie rzeczywistości i odpowiadanie na pytania: jak jest, dlaczego tak jest, po co tak jest? W tych pytaniach zawiera się szukanie odpowiedzi dotyczących sensu istnienia świata, w tym człowieka. Na pomoc ludzkiej myśli przyszło Boże Objawienie i refleksja teologiczna. To pozwoliło człowiekowi uzyskać odpowiedź na pytania o sens jego istnienia. W świetle Bożego objawienia możemy powiedzieć, że Pan Bóg stworzył cały świat, w tym człowieka, aby pozwolić mu osiągnąć pełnię życia, zbawienie.
Językiem, który najlepiej opisuje tę rzeczywistość nie jest język psychologii czy nawet filozofii, ale język biblijny oraz teologiczny, którym od wieków posługiwał się Kościół. I to jest właściwy język Kościoła. Można czasem odnieść wrażenie, że we współczesnym nieszczęsnym nurcie tak zwanego dostosowywania się Kościoła do świata, nastąpiło w pewnej mierze odejście od języka biblijnego na rzecz światowej, neomarksistowskiej, medialnej nowomowy. Unika się takich pojęć, jak grzech, posłuszeństwo woli Bożej, sprawiedliwość, kara czy pomsta Boża, zbawienie, potępienie, tym bardziej wieczne potępienie. Zaczęto używać słów, które nie są w stanie zastąpić tych biblijnych pojęć i opisać zawartą w nich treść. Przykładem może być słowo „towarzyszenie” dla opisania relacji międzyosobowej, także relacji Boga do człowieka. W takiej relacji nie ma miejsca na zbyt aktywne, ingerujące zachowania wobec drugiej osoby. Nie ma tu miejsca na pouczanie, a tym bardziej na krytykę czy na napomnienie, bo mogłoby to kogoś urazić. Również Bóg w roli towarzysza niewiele mógłby zrobić dla zbawienia człowieka. A wielu chciałoby ażeby Bóg tylko im towarzyszył, opiekował się, ale nie ingerował w ich prywatne życie. Natomiast w praktyce duszpasterskiej niektórzy oczekiwaliby jedynie towarzyszenia. Z pewnością taka zbyt bierna postawa mocno osłabiłaby oddziaływanie, zwłaszcza na ludzi jeszcze duchowo i religijnie nie ukształtowanych.
Innym przykładem może być słowo „wykluczenie”, któremu nadaje się pejoratywny charakter. A przecież są sytuacje, w tym także działania Boże czy Kościoła, które mają charakter wykluczenia, na przykład ekskomunika, a najbardziej Boże potępienie. To co – Bóg wyklucza? Straszne rzeczy!
Ostatnio wielką karierę, także kościelną, zrobiło słowo „przemoc”, zwłaszcza „przemoc w rodzinie”. O dziwo, nie przemoc rządowa czy przemoc prawna w państwie, ale właśnie w rodzinie, jakby to właśnie rodzina była szczególnie sprzyjającym miejscem jej powstawania. To słowo również zakwalifikowano do postaw negatywnych, a przecież czy w sytuacji koniecznej obrony nie należy czasem użyć przemocy? A czy policja w czasach różnych protestów, zwłaszcza tych „nielegalnych”, nie używała przemocy używając pałek czy armatek wodnych? Niewiele brakuje, by za przemoc oskarżyć Boga, który dopuszcza cierpienie.
Kolejnym pojęciem, które przeniknęło do “katolickiej” retoryki jest „braterstwo”. Owszem, jest ono stricte biblijnym i chrześcijańskim pojęciem. Św. Paweł tak często w swoich listach używa słowa: bracia. Ma ono jednak wymiar teologiczny. Braćmi i siostrami są wyznawcy Chrystusa, którzy uwierzyli i podążają drogą zbawienia. Jeżeli naszym Ojcem jest Bóg w Trójcy Świętej Jedyny, to my wszyscy podzielający tę prawdę wiary, braćmi jesteśmy. Dzisiaj braterstwo kojarzy się z paradygmatem Rewolucji Francuskiej, duchem Oświecenia oraz ideami masońskimi. Co więcej, braterstwo dzisiaj odnoszone jest nie tylko do ludzi – dzieci Boga, ale również do zwierząt. A zwierzęta mają nawet większe prawa od ludzi. Dochodzimy do granic absurdu.
Czy w Ewangelii Pan Jezus mówi nam cokolwiek o ekologii i miłości do Matki Ziemi? Nie znajdziemy w Piśmie Świętym tych zagadnień. Ale jeżeli żyjemy w łasce Boga, kierujemy się przykazaniem miłości Boga i bliźniego, to trudno nam będzie zaśmiecać ziemię, dewastować środowisko i niszczyć naturę. Św. Franciszek dał nam przykład ogromnego szacunku do przyrody. Biblijna koncepcja człowieka i świata ukazuje nam piękno i geniusz Stworzenia. Żaden bogobojny chrześcijanin nie będzie niszczył dzieła Stworzyciela. Gdy dzisiaj Kościół mówi o miłości do Matki Ziemi i „grzechach” ekologicznych, wpisuje się w narrację swoich największych wrogów dążących do zniewolenia ludzkości.
Utraciliśmy również pojęcia: tolerancja, tęcza, wolność, miłość, wychowanie, etyka, moralność, seksualność, rodzina, dobroczynność oraz wiele innych. Ów język, jaki przeniknął również do Kościoła, język, którego chętnie używają także dostojnicy kościelni, naprawdę może okaleczyć ucho. Nie tylko dlatego, że ich autorami często są konstruktorzy budujący życie społeczne nie na zasadach Bożych, ale też dlatego, że używając ich, błędnie opisują rzeczywistość. Posługując się taką mową, robimy przysługę tym, którzy chcą przebudować życie społeczne odrywając je od fundamentów, jakimi są Bóg, wiara, rodzina.
Na koniec nasuwa się wniosek, że język zdradza poglądy i przynależność tych, którzy go używają. Po prostu, „mowa ich zdradza”. Bądźmy czujni wobec tych, którzy go używają. Sami nie stosujmy go i nie szukajmy jakiegoś języka „esperanto”, którego świat używa, ale trzymajmy się języka Biblii i Tradycji, języka Kościoła. Obecnie przegrywamy bitwę o pojęcia. Kto panuje nad pojęciami, do tego należy przyszłość. Nie znaczy to, że przegraliśmy wojnę.
16. O Mszy świętej wszechczasów
Siostra Faustyna, mistyczka i wizjonerka, po jednym z nadzwyczajnych doświadczeń duchowych w swoim Dzienniczku zanotowała: „Dziś widziałam w czasie Mszy św. Jezusa Ukrzyżowanego. Jezus był przybity do krzyża i [w] wielkich mękach. Dusza moja została przeniknięta cierpieniem Jezusa, w duszy i ciele moim, chociaż w sposób niewidzialny, ale równie bolesny. O, jak wielkie tajemnice dzieją się w czasie Mszy św. Z jaką pobożnością powinniśmy słuchać i brać udział w tej śmierci Jezusa. Poznamy kiedyś, co Bóg czyni dla nas w każdej Mszy św. i jaki w niej dla nas gotuje dar. Jego Boska miłość tylko na taki dar zdobyć się mogła. O Jezu, Jezu mój, jak wielkim bólem przeniknięta jest dusza moja, widząc tryskający zdrój żywota z taką słodyczą i mocą dla każdej duszy. A jednak widzę dusze zwiędniałe i usychające z własnej winy. O Jezu mój, spraw, niech moc miłosierdzia ogarnie te dusze” (Dz. 913-914).
Ta wizja św. Faustyny pokazuje istotny wymiar Mszy św., jaką jest Ofiara Jezusa Chrystusa. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Święta nie znała tej Mszy św., w jakiej my uczestniczymy, ale i odwrotnie, my w większości nie znamy rytu Mszy św., w jakiej ona uczestniczyła. A chodzi tu o Mszę św. rytu rzymskiego, Mszę wszechczasów, którą papież św. Pius V po soborze trydenckim w 1570 roku skodyfikował i nakazał, aby ona była odprawiana po wsze czasy, stąd Msza wszechczasów. W tamtym czasie istniały też równolegle inne ryty, jak na przykład ryt dominikański, z których papież tylko te pozostawił, które miały co najmniej dwieście lat. Papież w ten sposób uszanował Tradycję jako gwarancję wierności doktrynie i zadbał o czystość i nieskazitelność rytów, aby były wolne od współczesnych prądów protestanckich, jakie wówczas się szerzyły. Niestety, pamiętnego dla nas dnia, 16 lipca 2021 roku, a więc w święto Matki Bożej Szkaplerznej, papież Franciszek postąpił odwrotnie. Ogłaszając dokument Traditionis custodes mocno ograniczył sprawowanie Mszy św. według rytu starego, tak zwanej mszy trydenckiej, która sięga swoimi korzeniami czasów apostolskich. Odtąd nie wolno jej nawet odprawiać w kościele parafialnym, tylko w kaplicach czy oratoriach. Tak więc to, co było największą świętością w Kościele przez kilkanaście wieków ma być ograniczone do minimum, jakby ta wielowiekowa Msza św. stanowiła największe zagrożenie dla Kościoła. Dokument papieski to wielki cios zadany środowiskom Tradycji, czyli tym, którym zależy na wierności Chrystusowi i czystości wiary.
Dwukrotnie, także w tym roku, uczestniczyłem w tygodniowych warsztatach liturgicznych Ars Celebrandi w Licheniu, na których było ponad 250 uczestników, w tym 60 kapłanów. Większość uczestników to ludzie młodzi, którzy dzięki motu proprio Summorum pontificum Benedykta XVI odkrywali najcenniejszą perłę, która przez ostatnie dziesięciolecia została zepchnięta na margines Kościoła. Msza trydencka była sprawowana wcześniej na mocy specjalnych pozwoleń jedynie w środowiskach Tradycji, między innymi w Bractwie św. Piusa X, czy w Bractwie św. Piotra. Oficjalną Mszą św. stała się nowa Msza skonstruowana przez komisję liturgiczną kilka lat po ostatnim soborze i zatwierdzona przez papieża Pawła VI w roku 1970. Od 2007 roku papież Benedykt XVI uwolnił tę świętą liturgię i pozwolił sprawować ją bez ograniczeń. To trwało do 16 lipca 2021 roku. W naszej diecezji ta Msza św. była i jest sprawowana między innymi w Płocku, w parafii św. Jadwigi Królowej w każdą niedzielę o godz. 1000. Biskup Płocki pozwolił na kontynuację tej celebry, choć nie mogą powstawać nowe środowiska Tradycji i nowe miejsca celebry według starego rytu. Miejmy nadzieję, że ostatnia decyzja papieża dotycząca tej Mszy św. nie jest ostateczna i przyjdzie czas, że Kościół w znaczącym wymiarze sięgnie do bogactwa tej liturgii, która była duchową mocą dla wielu świętych i błogosławionych oraz dla życia wielu pokoleń katolików na przestrzeni kilkunastu stuleci.
Cóż można powiedzieć o Mszy św. wszechczasów? Co takiego ją wyróżnia? Na pewno język – łacina, choć to nie jest najważniejsze i tak naprawdę nie stanowiło i nie stanowi jakiejś przeszkody w owocnym przeżywania tej Mszy św., tym bardziej dzisiaj, w dobie rozpowszechnionych i dostępnych tłumaczeń na języki narodowe. Wielką, nie przecenioną wartością tej liturgii jest jej duch, jaki przenika modlitwy, gesty i czynności dokonujące się podczas jej sprawowania. W tym wszystkim wyraża się niezmienna doktryna, wierna nauczaniu apostolskiemu, nieskażona tak zwaną nową teologią, w której wiele jest z teologii protestanckiej. We Mszy św. wszechczasów nie ma miejsca na kreatywność celebransa. Kapłan nie ma tam możliwości stać się celebrytą, a Msza św. nigdy nie staje się spektaklem, rozbudowanym przez odgrywanie pewnych ról przez świeckie osoby. Nie ma istotnego znaczenia, kto tę Mszę św. odprawia, czy zwykły kapłan, czy biskup, czy papież. W niej najważniejszy jest Chrystus i Jego Najświętsza Ofiara. I On jest zawsze na pierwszym miejscu. Wielki szacunek i należna cześć Bogu w Trójcy Jedynemu oddawana jest przez słowa i najdrobniejsze gesty, począwszy od pierwszych stopni ołtarza. Nie ma tu dowolności, zbędnych komentarzy. Jest tam naprawdę oddawanie najwyższej czci Bogu, modlitwa dziękczynna i błagalna oraz przyjmowanie darów Bożych w postaci świętej nauki i Komunii św. Nie bez znaczenia jest każdy gest wyrażający największy szacunek dla tych Bożych darów. Nie do pomyślenia jest, aby Komunię św. przyjąć w postawie stojącej, a tym bardziej na rękę. Bo przecież to Boga samego przyjmujemy, Jego najświętsze Ciało i Krew. A przed Bogiem się klęka, a nawet pada na twarz. To wpływ protestantów podważających realną obecność Chrystusa w Eucharystii sprawił, że Komunię św. zaczęto przyjmować jak zwykłe bułeczki, na rękę. Tak nigdy w Kościele nie było. Gdy w pewnym krótkim czasie pojawiła się praktyka spożywania Komunii św. z ręki, to tylko z prawej dłoni nakrytej białym płótnem i brano ją nie palcami, ale bezpośrednio wkładano ją do ust. Kościół na którymś synodzie zniósł tę praktykę. Zawsze trzeba wybierać taką formę, która gwarantuje najwyższą cześć dla Najświętszego Sakramentu i uniknięcie ewentualnej profanacji. Stąd najwłaściwsze jest przyjmowanie Komunii św. bezpośrednio do ust, w postawie na klęczkach, za wyjątkiem osób, które mają problem z klękaniem.
Cytowana wcześniej św. Faustyna w swoim Dzienniczku zanotowała i takie słowa: „Najuroczystsza chwila w życiu moim, to chwila, w której przyjmuję Komunię św. Do każdej Komunii św. tęsknię i za każdą Komunię świętą dziękuję Trójcy Przenajświętszej. (…) Dziś przygotowuję się na przyjście Twoje jako Oblubieńca swego. Wielki to Pan ten Oblubieniec mój. Niebiosa ogarnąć Go nie mogą. Jemu śpiewają Chóry, przed Nim padają Trony, przed jasnością Jego słońce gaśnie… Wychodzę na Jego spotkanie i zapraszam Go do mieszkania serca, uniżając się głęboko przed Jego Majestatem” (Dz. 1804-1805).
17. Czy prawdziwy prorok musi być wpierw odrzucony?
Czy prawdziwy prorok musi być wpierw odrzucony? Czy losem proroka musi być znieważenie, zlekceważenie, a nawet pogarda? Czy ten dramat niezrozumienia jest wpisany na trwałe w dzieje ludzkości? „Któregoż z proroków nie prześladowali?”(Dz 7,52) – pytał retorycznie św. Szczepan tuż przed swoją śmiercią przez ukamienowanie.
Wydaje się, że ów dramat to nie czasy przeszłe, to nie tylko Stary Testament. Kulminacją dramatu stało się nauczanie Jezusa, które właśnie przez jego ziomków zostało odrzucone. Dlatego Chrystus z goryczą wypowiedział te znane słowa: „Tylko w swojej ojczyźnie może być prorok tak lekceważony”. A szczytem dramatu stała się oczywiście Golgota. Ów problem dostrzegał Cyprian Norwid, gdy pytał w jednym z wierszy:
„Coś ty Atenom zrobił Sokratesie,
Że ci ze złota statuę lud niesie,
Otruwszy pierwej?…
Coś ty Italii zrobił Alighieri,
Że ci dwa groby stawi lud nieszczery,
Wygnawszy pierwej?…”
I poeta próbuje odpowiedzieć:
„Każdego z takich jak Ty świat nie może
Od razu przyjąć na spokojne łoże,
I nie przyjmował nigdy, jak wiek wiekiem.”
Także sam Norwid podzielił los tych, o których pisał. Niedoceniony za życia, umarł na obczyźnie w przytułku. Dopiero po śmierci odkryto jego geniusz poetycki.
Gdzie więc leży problem tego odwiecznego niezrozumienia i odrzucenia słów prorockich, słów prawdy? Na swoją obronę, dla swego rodzaju usprawiedliwienia może ktoś obwiniać proroka twierdząc, że prorok to ktoś, kto nie rozumie współczesności, kto nie tkwi w teraźniejszości, bo nie żyje chwilą, nie dostosowuje się do aktualnych oczekiwań. Jeśli tak, to trzeba powiedzieć, że misja proroka jest zbędna. Taki świat nie potrzebuje proroków, potrzebuje raczej idoli, gwiazd i wszelkich ulubieńców, którzy będą dostarczać miłych, pozytywnych wrażeń i gwarantować pozorne bezpieczeństwo i spokój. A prawdziwy prorok tego nie gwarantuje i nie spełnia ludzkich życzeń.
Prorok to nie ktoś, kto spełnia doczesne oczekiwania ludzi chcących życia bezpiecznego i dostatniego. Prawdziwy prorok to człowiek namaszczony i posłany od Boga, to ten, który mówi w Jego imieniu. A w swoim nauczaniu zwykle głosi rzeczy niepopularne, bo głosi odwieczne prawdy, które zawsze były, są i będą aktualne. One nie ulegają przedawnieniu. Wreszcie prorok to ten, który głosząc prawdę obnaża ludzkie wady, błędy i grzechy. A to może boleć, sprawiać przykrość. Ale w ten sposób wskazuje drogę ku wyzwoleniu.
Prawdziwym prorokiem Boga w znaczenie najpełniejszym i ostatecznym w całej historii zbawienia był Jezus Chrystus. Wcześniej byli prorocy Starego Testamentu, tacy jak Izajasz, Jeremiasz, którzy stopniowo odsłaniali plany Boże, szczególnie wobec narodu wybranego. Ostatnim i najdoskonalszym prorokiem w sensie ścisłym, prorokiem, który objawił nam plany Boga Ojca, jest Jezus, nasz Zbawiciel. Po Nim nie było i nie będzie już innego proroka na taką miarę.
Apostołowie natomiast, jako narzędzia ostatniego proroka, poprzez Pismo św. i Tradycję będą tworzyli depozyt wiary, który zostanie zamknięty wraz ze śmiercią ostatniego z nich, czyli św. Jana Apostoła, autora Ewangelii, trzech Listów i Apokalipsy. Zadaniem następców apostołów jest jedynie wierne i dokładne przekazywanie prawd zawartych w tym depozycie. Po okresie prorockim następuje okres dogmatyczny, kiedy papieże i biskupi mają za zadanie przechowywanie i przekazywanie tego depozytu bez najmniejszego uszczerbku, aż do końca czasów.
Obecnie żyjemy w trudnym czasie, w czasie doktrynalnego zamętu. Ów zamęt dotyczy nie tylko prawd wiary, ale także porządku natury ludzkiej. Obecna cywilizacja zachodnia wręcz wywraca porządek naturalny, kwestionując odwieczne prawdy wpisane w życie społeczeństw. Kwestionuje naturalne podstawy płci oraz instytucję małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety. Tym samym burzy cały porządek, uważając, że płci może być kilkadziesiąt, stąd konsekwentnie i małżeństwa mogą przybierać różne konfiguracje. I to wszystko za przyczyną parlamentów, w tym europejskiego, znajduje swoje umocowanie w stanowionym przez nie prawie. Szczytem tego przewrotu jest uczynienie ze zbrodni, jaką jest aborcja, jednego z podstawowych praw człowieka. Te przemiany społeczne przedstawia się jako naturalne zmiany w mentalności współczesnych ludzi, jakby zjawiska dokonywały się spontanicznie i w procesie naturalnego rozwoju społeczeństw. W rzeczywistości jest to wielka ideologiczna manipulacja na wszystkich możliwych płaszczyznach w ramach marszu ideologii lewicowej przez instytucje, aby odwrócić cały Boży porządek, tworząc tak zwanego nowego człowieka i nowy ład społeczny. W Polsce mówi się o polskim ładzie, by nie budzić skojarzeń z nową rewolucją. Ta cała globalna operacja totalnej przebudowy z perspektywy teologicznej jest efektem wzmożonych sił diabelskich uderzających w Boży porządek, aby ostatecznie doprowadzić do zniszczenia człowieka i wiecznego potępienia.
Niestety, także w Kościele nie brak akceptacji tych niszczycielskich przemian. Czyni się to z przekonaniem, że w ten sposób Kościół staje się bardziej otwarty i nowoczesny. Rodzi się tylko pytanie o wierność Chrystusowi, o zachowanie Bożego prawa, o wierność słowom prorockim, które objawiają wolę Boga Stwórcy i Odkupiciela. Zadaniem Kościoła jest przecież obrona porządku Bożego i nadprzyrodzonego, którego świat nie zauważa, ignoruje i odrzuca. Bądźmy przytomni i dostrzegajmy te ogromne zagrożenia. Miejmy w sobie ducha prorockiego stając w obronie Bożego porządku.
18. Cyprian Kamil Norwid – gladiator Prawdy
24 września 1821 roku urodził się wybitny poeta, prozaik, dramatopisarz, rzeźbiarz, malarz i rysownik – Cyprian Kamil Norwid. Z okazji dwusetnej rocznicy urodzin wielkiego wieszcza Sejm RP ogłosił rok 2021 rokiem Cypriana Kamila Norwida. Przywołuję dziś tę postać nie z racji na walory literackie jego twórczości, których nie sposób odmówić, mimo, że ta poezja nie należy do łatwych. Utarło się nawet powiedzenie „ciężkie Norwidy” w odniesieniu do trudnych poetyckich strof. Ale przywołuję tę postać ze względu na walory religijne, bo poezja Norwida, jak mało która, jest zanurzona w myśli biblijnej i głęboko osadzona w katolickiej wierze. Poeta dając świadectwo swojej wiary był jednocześnie przenikliwym i krytycznym obserwatorem życia ludzi mu współczesnych, dostrzegając w otaczającym go świecie wiele cywilizacyjnych, duchowych chorób.
Przykładem jest wiersz pod tytułem „Larwa”, który swego czasu wyśpiewał Czesław Niemen. To jemu możemy zawdzięczać popularyzację twórczości Cypriana Norwida. Dzięki temu artyście i ja w latach licealnych bliżej poznałem takie wiersze, jak „Bema pamięci żałobny rapsod”, czy „Moja piosnka”.
Poruszająca jest treść utworu „Larwa”. Autor opisuje ludzkość, która depcze własną godność, tak jak londyński włóczęga, którego porównuje do Biblii „zataczającej się w błocie”. Ów wiersz brzmi następująco:
Na śliskim bruku w Londynie,
W mgle podksiężycowej, białej,
Niejedna postać cię minie,
Lecz ty ją wspomnisz struchlały.
Czoło ma w cierniu czy w brudzie
Rozeznać tego nie można;
Poszepty z niebem o cudzie
W wargach, czy piana bezbożna?…
Rzekłbyś, że to Biblii księga,
Zataczająca się w błocie,
Po którą nikt już nie sięga,
Iż nie czas myśleć o cnocie.
Rozpacz i pieniądz — dwa słowa —
Łyskają bielmem jej źrenic.
Skąd idzie?… Sobie to chowa,
Gdzie idzie?… Zapewne, gdzie nic!
Larwą nazywa Norwid młodego człowieka tracącego poczucie własnej godności poprzez bezbożne życie, gdzie cnota, czyli wartości moralne, już się nie liczą. Dostrzega także w takim człowieku brak poczucia celu i sensu życia, który kończy się rozpaczą.
Stanisław Falkowski, autor książki „Gladiator prawdy”, napisał, że Norwid na półtora wieku naprzód dostrzegł choroby naszych dusz i wielką chorobę świata. Wyruszywszy w świat, a przebywał w Niemczech, Paryżu, Londynie, a także w Stanach Zjednoczonych, zobaczył ten świat i zaczął go obejmować sumieniem. W jednym z wierszy napisał, by móc „przepalić glob sumieniem”. Norwid zobaczył współczesną Europę wstrząsaną konwulsjami Wiosny Ludów i innych krwawych przewrotów politycznych oraz dotkniętą moralnym kryzysem. Zobaczył to wszystko na tle dziejów chrześcijańskiego świata. Bowiem prawdy chrześcijańskie stały się dla niego miarą, którą przykładał do wszystkiego. Wraz z podstawową prawdą, że cel naszego pobytu na tym świecie – a raczej pielgrzymiej wędrówki przez ten świat – leży poza światem. O czym w tym świecie sto razy zdążono zapomnieć.
Nie zaakceptował tego świata w stanie, w jakim go zastał. Uznał go za świat ciężko chory. „Och! Znam ten świat cudny. I przeto trzymam go za puls drżący. A w chore oczy patrząc, śledzę życie” – pisał w wierszu „Promethidion”.
I wskazał na przyczyny i objawy choroby. Opisał świat czczący fałszywe bóstwa, w tym bożka sukcesu, ignorujący lub profanujący prawdziwe świętości, w tym samego człowieka, wyceniający ludzi według tego, „Czy doścignieni?? albo: „prześcignieni??”, pogrążony w konwulsjach codziennej walki o przetrwanie i o powiększenie posiadanych zdobyczy. Opisywał świat, w którym chrześcijanie często zapomnieli o Bogu, wierze i celu własnego życia i z wolna przywykają do wzajemnej obcości. Opisał też zalew słów – nieporządnie wypowiadanych, byle jak drukowanych – i dewaluację uczuć, szczególne miłości. Krytycznie odnosił się do poszukiwania coraz potężniejszych wrażeń jako sprężyny cywilizacji gapiów, którym „co dzień już trzeba” – jak powiększanej dawki narkotyku – „łez i krwi” (wiersz „Spartakus”).
Norwid chciał żeby ten świat był zdecydowanie i pod wieloma względami inny, niż jest. „A niechże Bóg broni, abyśmy na takim świecie żyli, gdzie wystarcza być zdolnym, bogatym i mieć piękną żonę, aby szczęśliwym być” – pisał do Marii Trębickiej. Poeta chciałby żyć w takim świecie, w którym człowiek może się czuć szczęśliwy, choćby nie posiadał zdolności, bogactw ani … pięknej żony. Można w tym miejscu zapytać: Czy bardzo się zmieniły ludzkie dążenia w stosunku do tych sprzed półtora wieku? Czy szczęście nie jest utożsamiane nadal ze zdolnościami, zamożnością, młodością i pięknością? Poeta nie odrzuca zdolności, bogactwa i piękna. Więcej, mówi wyraźnie, że będzie się ich widokiem „bardzo serdecznie” cieszył. Formułuje jednak stanowcze zastrzeżenie: jeżeli nie będą one traktowane jako obowiązujące warunki poczucia szczęścia. Norwid jako chrześcijanin nie chciał, żeby dla jakiegokolwiek człowieka warunkiem szczęścia było posiadanie czegokolwiek w doczesnym świecie. Stworzony i odkupiony przez Boga człowiek ma dążyć do osiągnięcia szczęścia wiecznego. Po drugie zaś, człowiek jest zbyt cenny, żeby mógł sprowadzać wartość swojego życia do uzyskanych zdobyczy. A jest cenny, bo został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, „jest zawsze obrazem Boga żywego”. Dlatego też musi szanować skarb każdego, w tym i własnego życia, którego nie wolno mu bezcześcić ani trwonić. Dlatego Norwidowi jest „smutno – aż do kości smutno”, gdy widzi, że „coraz żywot mniej uczczony tu”, czyli w doczesnym świecie.
Niezrozumienie, a nawet odrzucenie Norwida przez współczesnych nie dokonało się tak naprawdę z powodu trudnej formy literackiej. Stało się z powodu treści i tematów, jakie podejmował. Bo w pewnym sensie stał się niewygodnym prorokiem swoich czasów. Jako dwudziestoletni poeta był ulubieńcem salonów oraz krytyki literackiej. Jego wczesne wiersze jeszcze nie różniły się tak bardzo od tego, co uważano wówczas za poezję, by obudzić protest. Dziesięć lat później uwielbienie ustąpiło miejsca szyderstwom lub lekceważeniu. Dlaczego tak się stało? Sam to tłumaczył – przestał być „miłym chłopcem”, a zaczął być „człowiekiem”. Przestał mówić to, co się ludziom podobało. Zaczął wypowiadać prawdy, które dotykają głębi i są niewygodne. I tak się dzieje z każdym, kto przestaje być miłym, a staje się dojrzałym człowiekiem, dojrzałym w wierze. Takie jest też przesłanie Cypriana Kamila Norwida, któremu należy się wdzięczność potomnych.
19. „Chodź i zobacz!” czyli: Chodź i sprawdź!
W III niedzielę września Kościół w Polsce obchodzi Dzień Środków Społecznego Przekazu. W 2022 roku towarzyszy mu hasło papieskiego przesłania: „«Chodź i zobacz!»”.
Żyjemy w dobie rozwiniętych mediów, którymi są prasa, radio, telewizja, Internet. Z jednej strony wszystkie one pomagają nam w krótkim czasie uzyskać informacje pochodzące z różnych stron świata, ale z drugiej strony mogą stać się narzędziem manipulacji, wpływów na ludzkie poglądy, także kłamstw i oszczerstw. Jednych mogą wykreować, wynieść na piedestał, innych z dnia na dzień zniszczyć. Od wielu już lat mówi się, że media to czwarta władza, a nawet pierwsza. Bo za ich pomocą często zdobywa się władzę, zarządza się ludźmi, uprawia się propagandę, steruje się ludzkimi lękami. Mieliśmy przykład zza oceanu, z kampanii wyborczej, gdzie wręcz zablokowano wypowiedzi ówczesnego prezydenta, ale też mamy wiele trudnych doświadczeń medialnych na własnym podwórku. Dzień w dzień media głównego nurtu podgrzewały emocje w czasie trwania tak zwanej pandemii, trzymając ludzi w stanie nieustannego lęku i zagrożenia, podając liczby osób zakażonych i zmarłych każdej doby na jedną tylko znaną wszystkim chorobę. Tymczasem pomijały o wiele bardziej dramatyczne liczby osób codziennie umierających na nowotwory, zawały serca i inne choroby. Mówiło się w tym kontekście swego czasu nawet o stu tysiącach zgonów nadliczbowych, czyli spowodowanych wywołanym paraliżem służby zdrowia. Doświadczyli tego także niektórzy moi parafianie.
Przy takim jednostronnym przekazie łatwo zniekształcić właściwy, pełny obraz, zarówno w tej bardzo newralgicznej dziedzinie, jaką jest sytuacja zdrowotna społeczeństwa, jak i w innych obszarach życia społecznego. Niedobrze jest wtedy, gdy nie dopuszcza się innych opinii różniących się od oficjalnych, czego przykładem było zdjęcie programu „Warto rozmawiać”. Wobec takiej sytuacji, aby poznać prawdę, trzeba koniecznie sięgać do innych źródeł informacji i opinii, różnych książek, publikacji.
Tegoroczne hasło papieskiego orędzia jest bardzo trafione. Brzmi ono: „Chodź i zobacz!”. Inaczej powiedzielibyśmy: Chodź i sprawdź, czy jest tak naprawdę! Hasło to jakby zachęca nas do weryfikacji, do sprawdzania przekazywanych wiadomości. To hasło wzięte jest z pierwszego rozdziału Ewangelii według św. Jana. Słowa te wypowiedział Filip do Natanaela, oznajmiając, że znalazł Mesjasza. Natanael sceptycznie nastawiony do mieszkańców Nazaretu, nie chciał temu dać wiary. Zapytał wprost: „Czy może być coś dobrego z Nazaretu?”. Za tym stwierdzeniem kryło się uprzedzenie powstałe na skutek szerzonych wówczas nieprawdziwych opinii o ludziach z Nazaretu.
Takie nieprawdziwe i krzywdzące wyobrażenia, często kształtowane właśnie przez ludzi mediów, mają też miejsce i dzisiaj, gdy media przekazują same złe informacje o ludziach pewnych zawodów czy niektórych grupach społecznych. W takiej sytuacji najlepiej dotrzeć do źródeł. Tak też uczynił Filip, który nie starał się przekonywać, nie dyskutował, ale powiedział wprost: Chodź i zobacz, przekonaj się naocznie. I Natanael przekonał się. Wykrzyknął wówczas: „Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym! Ty jesteś królem Izraela!” (J 1,49). I my idźmy podobnym tropem, by poznać prawdę.
20. Św. Michał Archanioł – generał Boga
W kalendarzu liturgicznym istnieje wiele wspomnień świętych i błogosławionych. Ale są również wspomnienia istot duchowych – aniołów i archaniołów. O nich jest mowa w Piśmie św., zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie. Sam Jezus wiele razy nawiązywał do nich jako tych, którzy stoją przed obliczem Boga i nieustannie Go wielbią. Do istot duchowych należą między innymi Serafini, Cherubini i Trony. Ale są też aniołowie, którzy mają specjalną misję w dziele zbawienia ludzi. Do nich szczególnie należy św. Michał Archanioł, którego wspomnienie przypada 29 września. Po reformie kalendarza liturgicznego czcimy go razem z archaniołem Gabrielem i Rafałem.
W dzisiejszych czasach potrzeba orędowników z nieba. Potrzeba, tych, którzy będą nam pomagać w walce przeciwko złym duchom i wszelkim diabelskim mocom tego świata. Diabeł nie przestaje zwodzić ludzkość i ją deprawować. Czyni wszystko, by odciągnąć ludzi od Boga, aby w ostateczności utracili oni zbawienie i zostali potępieni. Strategia działania Szatana i jego dwóch Bestii jest bardzo przemyślana. Nie przedstawia się ona ludziom jako coś złego, przykrego i odpychającego. Wręcz przeciwnie, są to często programy i czyny jawiące się jako bardzo atrakcyjne, podszywające się często pod działania humanitarne, wręcz zbawienne w perspektywie doczesnej. Słudzy Szatana operują pojęciami kojarzącymi się z pewnymi wartościami. W istocie swej ich treści bywają podmieniane. Dotyczy to takich pojęć, jak miłość, pokój, tolerancja, miłosierdzie, małżeństwo, rodzina, ekologia czy jedność. Dokonuje się zwykle zmiana znaczenia tych pojęć w taki sposób, by oderwać je od pierwotnego, prawdziwego znaczenia i uczynić je niby niezależnymi, autonomicznymi, co w praktyce oznacza niszczenie prawdziwego, czyli Bożego pokoju, Bożej miłości i prawdziwego miłosierdzia, a także małżeństwa i rodziny zgodnych z zamysłem Stwórcy. Także troskę o świat stworzony, o ziemię traktuje się ideologicznie, ubóstwiając ją z pominięciem prawdziwego, w Trójcy Jedynego Boga. Czyni się to w tym celu, aby człowieka oskarżyć jako największego szkodnika naszej planety i podporządkować go ekologicznym programom. Także słowo „miłosierdzie” odnoszone do emigrantów wykorzystuje się, aby wpuścić obce, nieprzyjazne ludy ze swoimi często ekspansywnymi, fałszywymi religiami, godząc się na niszczenie cywilizacji chrześcijańskiej. Mówienie o otwartości na obce kultury w tym kontekście uchodzi co najmniej za infantylność, jak nie wyraz złej woli. Potrzeba nam z pewnością zdrowego rozsądku i myślenia chrześcijańskiego, czyli zgodnego z treściami naszej wiary zawartych w Piśmie Świętym i świętej Tradycji Kościoła.
W perspektywie zbawienia nie ma miejsca na jakiekolwiek eksperymenty. Trzeba sięgać po te metody, jakie Kościół od wieków stosował, aby nie ulec chytrym, przebiegłym, ubranym nawet w pojęcia religijne, diabelskim ideom i różnorakim działaniom. Potrzeba rozeznania sytuacji, odpierania fałszywych idei, obrony naszej prawdziwej wiary. Potrzeba także modlitwy, niekiedy wzmocnionej postem, o czym mówił sam nasz Zbawiciel. Potrzeba duchowej walki wyrażonej w konkretnych czynach. I Kościół musi walczyć. Nie może być milutkim Kościołem, w którym nikogo nie można dotknąć, nie urazić, gdzie z każdym trzeba się dogadać. Nie może być klubem miłośników świętego spokoju i dobrego samopoczucia. Należeć do Kościoła Chrystusowego to być wojownikiem Bożym, walczyć ze złymi mocami o nasze i innych zbawienie.
Dlatego też w dzisiejszych czasach wielkiej ofensywy diabelskich mocy potrzeba orędownictwa z nieba. I w tej zbawiennej walce Bóg wysyła nam duchowe posiłki wojsk niebieskich, którego dowódcą jest św. Michał Archanioł. Jego skuteczność jest ukazana w księdze Apokalipsy, gdy pokonuje Szatana oraz inne złe duchy i zrzuca je do jeziora ognia na zawsze. Potrzeba i nam tego właśnie dowódcy, tego Bożego generała, aby wyciągnął swój zwycięski miecz, zmuszając do ucieczki złe duchy, które wyrządzają wiele zła i nieustannie zagrażają ludzkości.
Dlatego po każdej Mszy św. w wielu kościołach odmawiamy modlitwę do Boga za wstawiennictwem św. Michała Archanioła i błagamy, aby zło zostało pokonane za pośrednictwem Księcia Niebieskiego, aby On zachował, bronił i strzegł Kościoła powszechnego. O to modlimy się, mając na myśli wszelkie zło w wymiarze zorganizowanym jako ideologie i systemy, które przenikają do życia społecznego przez stanowienie bezbożnych praw, głoszenie fałszywych idei na uniwersytetach i w szkołach. Ale też musimy podejmować osobistą walkę ze złem duchowym w wymiarze indywidualnym, walczyć z własnymi wadami, wystrzegać się grzechów, które osłabiają nas bądź poważnie nam szkodzą i czynią nas podatnymi na działanie Szatana.
Kościół musi obnażać tę rzeczywistość, która jest zainfekowana działaniem diabelskich mocy, a które panoszą się często na międzynarodowych salonach, znajdując swoich współpracowników wśród wykształconych, wpływowych osobistości w garniturach i modnych garsonkach. Mają oni do dyspozycji różne instytucje i media, aby szerzyć swoje idee i głosić swoistą antyewangelizację. O tej swoistej antyewangelizacji już w latach 70-tych XX wieku mówił kardynał Karol Wojtyła zanim został papieżem.
Mając to wszystko na uwadze bądźmy Bożymi wojownikami, Rycerzami Niepokalanej, która skutecznie zwycięża Smoka. I wzywajmy wstawiennictwa św. Michała Archanioła, który według ojców Kościoła jest drugim, zaraz po Matce Bożej w niebie. On też skutecznie pomaga w walce dając dobre natchnienia i moc w działaniu. Chroni nas między innymi przez noszenie jego szkaplerza, nazywanego „kamizelką diabloodporną”. Polecajmy się jego opiece odmawiając prosty egzorcyzm papieża Leona XIII, czyli modlitwę: „Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha, bądź naszą obroną…”.
21. Puszka dla imigrantów szturmujących naszą granicę
Temat jałmużny zawsze rozpalał wyobraźnię, i to niekoniecznie wyobraźnię miłosierdzia. Rodził i nadal rodzi w umysłach wielu osób pewne dylematy. Czy każdemu, kto wyciąga rękę po jałmużnę, należy bezwzględnie pomóc, czy jednak trzeba się zastanowić, na ile oczekiwana pomoc jest uzasadniona i pożyteczna. W wielu przypadkach wyciąganie ręki po jałmużnę może utrwalić nawyki łatwego zarobkowania i oduczyć uczciwego zdobywania pieniędzy na utrzymanie. Toteż św. Paweł w Drugim Liście do Tesaloniczan napisał: „Kto nie chce pracować, niech też nie je” (2Tes 3,10).
Według informacji podawanych przez Polskie Radio, w Polsce w czasach ekonomicznej transformacji było około 300 tysięcy żebraków, z czego 100 tysięcy trudniło się żebractwem zawodowo. Zjawisko to, w tak wielkiej skali, wiele wrażliwych osób wprawiało w zakłopotanie. W większych miastach nie sposób było nie napotkać żebrzącego człowieka.
Obecnie takie obrazki są już rzadkością. Natomiast pojawiły się nowe. Są to obrazy tym razem znad polsko-białoruskiej granicy. Jak podają ośrodki rządowe, zostały one wykreowane przez zamierzoną politykę Łukaszenki, aby destabilizować sytuację w Polsce. Aby wzbudzić litość i wykorzystać wrażliwe ludzkie serca, pewne media wychwytują i pokazują matki z dziećmi, którym jakby z samej natury należy pomóc. Z różnych powodów dla wielu osób cały ten polityczny kontekst oraz intencje szturmujących naszą granicę są bez znaczenia. Już sama ich obecność po nielegalnym przekroczeniu naszej granicy jest wystarczającym powodem, by im pomagać. I w tej nowej sytuacji rodzi się dylemat i pytanie: jak powinien zachować się katolik?
Dylemat dotyczący praktykowania jałmużny pojawił się już w starożytności. Pytano czy należy pomagać zawsze i każdemu bez wyjątków. Pojawiły się wówczas dwie wykluczające się odpowiedzi. Pisze o tym Dariusz Karłowicz, współtwórca Fundacji św. Mikołaja, w książce Koniec snu Konstantyna. W rozdziale Obrona jałmużny przytacza zdania z kanonicznego dzieła Pasterz Hermasa, według którego moralne ryzyko jałmużny ponosi wyłącznie biorący: „Dawaj – naucza objawiający się autorowi dzieła Anioł Pokuty – wszystkim biednym z prostotą, nie pytając komu dać, a komu nie dać. Wszystkim dawaj. Chce bowiem Ojciec, by każdy otrzymał jego część darów. Otóż ci, którzy biorą obłudnie, poniosą karę. A zatem kto daje, jest bez winy” (V,II,1-6). Przeciwstawną opinię – zauważa Karłowicz – wyraża obdarzona nie mniejszą powagą Didache czyli Nauka Dwunastu Apostołów. Zaleca ona ostrożność formułując zasadę, która zrobi dużą karierę wśród następnych pokoleń myślicieli chrześcijańskich: „Niech pot zrosi jałmużnę w ręku twoim, póki nie rozeznasz komu masz dać” (1,6).
Ostatnio modnym stało się słowo rozeznanie. Ono pozwala kierować się zarówno rozumem, jak i sercem. Gdy ktoś straci dach nad głową na skutek pożaru domu, w którym mieszkał, nie trzeba się wówczas zastanawiać czy pomóc. Sprawa jest oczywista. Ale w przypadku ludzi, których stać było na opłacenie przelotu do Białorusi, by potem siłą próbować sforsować granicę z Polską, atakując naszych funkcjonariuszy i żołnierzy, pomoc dla nich wydaje się być co najmniej groteskowa.
Niech zatem nikt się nie dziwi ani nie gorszy, jeśli część katolików ma i wyraża poważne zastrzeżenia wobec akcji pomocy imigrantom, którzy stosując przemoc usiłują wszelkimi brutalnymi sposobami przekraczać naszą granicę. Wszak swoją postawą i metodami w pełni wpisują się w rolę agresywnych napastników. Czy tacy mają jakiekolwiek prawo oczekiwać od nas pomocy? Czy agresora, który napada na nasz dom, mamy jeszcze karmić i wspierać?
Wobec współczesnych ataków rzesz imigrantów próbujących zasiedlić Zachodnią Europę, nasuwa się napisana prawie pół wieku temu prorocza powieść Jeana Raspaila Obóz świętych. Opisuje ona pokojowy najazd nieprzebranych rzesz mieszkańców Trzeciego Świata na Francję, a potem na cały Zachód. I pada pytanie: co robić? Czy bronić odrębności i tożsamości w imię swojej przyszłości i przeszłości? Czy też ulec poprawności politycznej i otworzyć się na ludzi innej kultury, by nie być posądzonym o rasizm. W owej powieści została przedstawiona wręcz karykaturalna scena, niby inspirowana Ewangelią, kiedy to jeden z księży pędzi jak szaleniec, wznosi ramiona do nieba i krzyczy, jak inni: „Dziękuję ci, Boże!”, witając rzesze imigrantów jako milion Chrystusów.
To pokazuje jak człowiek może stracić rozum i zatracić poczucie rzeczywistości w imię „zakręconych” haseł w duchu otwartości na ludzi wszelkich obcych kultur i wrogich religii. Ponadto zdarza się, że zwolennicy tak pojętej otwartości przewrotnie podpierają owe hasła Ewangelią, jak to zostało pokazane w powieści Raspaila. A dziś, niestety wielu znajduje się naśladowców karykaturalnej postaci z Obozu świętych, którzy pełni naiwności rzucają wielkimi hasłami z Ewangelii, nie widząc żadnych zagrożeń.
22. Czy mamy się bać końca świata?
Teksty Pisma Świętego ostatniej niedzieli roku liturgicznego mówią o końcu świata. Temat ten pojawia się zwykle w czasach trudnych, przełomowych, szczególnie w czasach wojen, wielkich katastrof, powodzi, trzęsienia ziemi czy epidemii. Przewija się również w nauczaniu członków różnych religijnych sekt, które odwołują się do rzekomych objawień osób prywatnych. Z łatwością można dzisiaj, korzystając z Internetu, dotrzeć do tego typu przekazów. Temat ten ukazywany bywa najczęściej od strony katastroficznej, zarówno w wymiarze kosmicznym, jak i duchowym, wywołując lęk, a nawet przerażenie. Rozsądną postawą wobec tematu tak zwanego „końca świata”, czy „czasów ostatecznych” jest pewien dystans wobec takich informacji. Najlepiej jest sięgać do zdrowej nauki Kościoła osadzonej w Piśmie Świętym i wielowiekowej Tradycji.
Pismo Święte jest przede wszystkim księgą objawienia. Bóg objawia w niej zbawcze prawdy, a więc takie, które mają związek z naszym zbawieniem. Bóg jakby wyjawia cały plan zbawienia, począwszy od stworzenia świata, aż po ostateczny finał, cel całego dzieła stworzenia. Tak należy postrzegać koniec tego świata, za którym czeka nas nowe stworzenie przeniknięte Bożą obecnością. W znaczeniu biblijnym koniec świata nie jest unicestwieniem dotychczasowych stwórczych wysiłków oraz ludzkiej aktywności, ale jest jedynie końcem tej doczesnej formy życia. Jest jednocześnie objawieniem nowej formy istnienia tego świata, pomyślnym finałem stworzenia Bożego.
Dzisiejsze czytania tak naprawdę nie zapowiadają katastrofy, bo to by oznaczało Boże fiasko, porażkę Boga, ale mówią o pomyślnym zakończeniu – dopełnieniu, choć nie wszyscy i nie wszystko będzie uczestniczyć w tym Boskim triumfie. Przyjrzyjmy się zatem bliżej odczytanym dzisiaj tekstom.
Słowa z Księgi proroka Daniela wprawdzie mówią o czasach ucisku, jakiego nie było, ale zapowiadają, że właśnie wtedy naród dostąpi zbawienia. A Jezus, nawiązując do tego proroctwa i mówiąc także o wielkim ucisku oraz o tym, że moce na niebie zostaną wstrząśnięte, jednocześnie ogłasza wielki triumf. „Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą”. Tym Synem Człowieczym jest On, Chrystus jako Mesjasz – Zbawiciel.
Na podstawie tych słów można powiedzieć, że koniec świata to tak naprawdę wcale nie koniec, ale wielki początek nowego świata, początek pełni życia, która z wielką mocą w tych ostatecznych czasach się objawi. Obok tych niezwykłych słów nadziei, jakie pozwalają nam ze spokojem patrzeć w tę przyszłość, są jednak słowa, które powinny nas nieco zaniepokoić. I to byłby jedyny uzasadniony lęk. W Księdze proroka Daniela są to słowa mówiące o tym, że jedni zbudzą się do wiecznego życia, drudzy, niestety, ku hańbie, ku wiecznej odrazie. A wizja sądu ostatecznego objawiona przez Jezusa stanowi tego potwierdzenie. Bowiem obok słów: „Pójdźcie błogosławieni i weźcie w posiadanie królestwo!”, padają także słowa bolesne: „Idźcie precz, przeklęci w ogień wieczny!”. Jedynie ta scena powinna nas zaniepokoić. Bo w tym ostatecznym, pomyślnym finale dzieła stworzenia znajdą miejsce jedynie ci, którzy już tu czynnie włączają się w to wielkie Boże dzieło, którzy żyją twórczo, pomnażają Boże dobro, to ci, którzy zawierzyli Chrystusowi i żyją duchem Ewangelii.
Księga, którą warto co i raz przywoływać, a która ukazuje losy Kościoła i świata w perspektywie czasów ostatecznych, to Apokalipsa św. Jana Apostoła. Ona pokazuje, że czasy ostateczne to nie tylko dni czy godziny poprzedzające powtórne przyjście Chrystusa i sąd ostateczny. Bowiem już od przyjścia Syna Bożego na świat, od tajemnicy Wcielenia, żyjemy w czasach ostatecznych. I wszystko co się obecnie dzieje, w pewnym sensie „zahacza” o wydarzenia opisane obrazowo w księdze Pisma Świętego, jaką jest Apokalipsa. Jak każde pokolenie, tak też i nasze w jakimś zakresie uczestniczy w wydarzeniach, które odsłaniają pieczęcie łamane przez zwycięskiego Baranka. Bo czyż wojny, trzęsienia ziemi, głód i zarazy nie doświadczają ziemi? A upadek moralny i duchowy oraz wchodzenie w sidła szatańskie − czyż nie jest to atak szarańczy i szwadronów śmierci po głosie piątej i szóstej trąby? Czytając Apokalipsę, a szczególnie śledząc losy Kościoła i świata, można się przekonać, jak wydarzenia tam obrazowo przedstawione dotyczą także i naszych czasów.
Pismo Święte, począwszy od wątków apokaliptycznych Starego Testamentu aż po Jezusowe objawienie końca czasów zawarte w Ewangeliach i Apokalipsie, rysuje nam wyraźnie scenariusz losów Kościoła i świata. Są to obrazy niekiedy przerażające. Może dlatego by potrząsnąć ludzkimi sumieniami, by uchronić wielu przed ostatecznym potępieniem. W świetle ukazanych tam wizji nie możemy liczyć na powszechne zbawienie. Miłosierdzie Boże to nie totalna amnestia. Nie może ono przekreślać Boskiej sprawiedliwości. Słuchajmy głosu Jezusa, głosu przestrogi, ale nade wszystko słów zbawczej nadziei. Każdy, kto się opowiada za Chrystusem i idzie za Nim, może być spokojny o swoją przyszłość. Pewności i spokoju dodaje także wyłaniająca się z ksiąg biblijnych myśl, że mimo dramatycznych wydarzeń, jakie są udziałem ludzkości, losy świata od początku do końca spoczywają w rękach Boga. I każdy opieczętowany Duchem Bożym i ten, kto będzie zapisany w księdze życia, dostąpi zbawienia.
23. Chrystus Królem Wszechświata, ale czy też Królem Polski?
W ostatnią niedzielę roku liturgicznego staje przed nami Chrystus i przedstawia się nam tym razem nie jako Prorok, Nauczyciel, ale jako Król. Ukazuje nam swoją doskonałą władzę nad wszystkimi ludźmi, nad każdym narodem i wszystkimi państwami, nad całym światem. Wszak jest Królem Wszechświata.
Już prorocy zapowiadali Go jako Króla. Izajasz pisał, że „na Jego ramionach władza królewska” (Iz 9,6). A w święto Objawienia Pańskiego Kościół, nawiązując do proroctwa Malachiasza, głosi: „Oto nadchodzi Władca najwyższy, a w jego ręku królewska władza i moc i rządy świata” (Mal 3,1). A gdy Jezus przyszedł na świat, sam o sobie dał świadectwo, gdy stanął przed Piłatem. Na pytanie „Czy ty jesteś królem?” odpowiedział: „Tak, jestem Królem” (J 18,37). Ale jego królestwo to nie jeszcze jedno obok innych, bo ono nie jest z tego świata. Ono jest ponad wszystkie królestwa, a On jest Królem ponad wszystkim królami, dziś prezydentami czy premierami. Jego królowanie ma za cel doprowadzenie ludzi, którzy żyją w strukturach narodowych i państwowych, do zbawienia.
Ale Szatan zakłóca to królowanie. Więcej, przez ostatnie wieki robi wszystko aby usunąć Chrystusa z przestrzeni publicznej, ze struktur państwowych, narodowych i międzynarodowych, a Jego królowanie zniszczyć. Pisał już o tym papież Leon XIII w encyklice Humanum genum, odnosząc się do masonerii, która miała ogromny wpływ na ówczesne rządy. Twierdził, że jej celem jest całkowite zniszczenie instytucji chrześcijańskich, a głównym sposobem zniszczenia ich oraz królowania Jezusa jest rozprzestrzenianie zasady laickości oraz sekularyzacja państw i społeczeństw, uczynienie ich bezbożnymi. A to oznacza wyeliminowanie z życia społecznego wszelkich oznak wiary katolickiej i wypchnięcie chrześcijaństwa z przestrzeni publicznej, parlamentów, rządów, z wszelkich urzędów państwowych, z uniwersytetów i szkół, z zakładów pracy. Smutne jest i to, że udawało się i dalej się udaje przekonać także wielu ludzi Kościoła, aby właśnie tak było: niech Chrystus Król panuje w ludzkich duszach i sercach, w rodzinach, w parafiach, ale nie w społeczeństwach. Niech będzie z dala od spraw publicznych. Według wielu chrześcijan, także tak zwanych otwartych katolików, Chrystus niech będzie królem ludzkich serc, ale nie królem państw i narodów.
Owe tendencje ograniczanie władzy królewskiej Jezusa, a tym samym utrudnianie szerzenia królestwa Bożego na ziemi, dostrzegał wyraźnie papież Pius XI. Dlatego w roku 1925, roku jubileuszowym, ogłosił encyklikę Quas primas o królowaniu społecznym naszego Pana Jezusa Chrystusa. W niej to papież między innymi napisał: „Doroczny obchód tej uroczystości napomni także i państwa, że nie tylko osoby prywatne, ale i władcy i rządy mają obowiązek publicznie czcić Chrystusa i Jego słuchać: przypomni im bowiem sąd ostateczny, w którym ten Chrystus, co Go nie tylko z państwa wyrzucono, lecz przez wzgardę o Nim zapomniano, bardzo surowo pomści te zniewagi, ponieważ godność Jego królewska tego się domaga, aby wszystkie stosunki w państwie układały się na podstawie przykazań Bożych i zasad chrześcijańskich tak w wydawaniu praw i w wymiarze sprawiedliwości, jak i w wychowaniu i wykształceniu młodzieży w zdrowej nauce i czystości obyczajów”.
Cóż to w praktyce oznacza? Każdy dorosły i świadomy katolik, także poza świątynią i własną rodziną, ma obowiązek dawać świadectwo swojej wiary. W miejscach pracy i w przestrzeni publicznej kierować się prawym Bożym jako najwyższym prawem i czynić tylko to, co jest zgodne z katolicką nauką. Nie powinien popierać i szerzyć poglądów i decyzji o charakterze społecznym, które byłyby sprzeczne z zasadami naszej wiary.
Jakże wielką odpowiedzialność przed Bogiem ponoszą ludzie władzy, parlamentarzyści i rządzący, którzy przez głosowania i swoje decyzje wpływają na losy milionów ludzi. Jednym aktem głosowania można zniszczyć, a nawet zabić życie setek tysięcy ludzi. Przez niesprawiedliwe ustawy można przyczynić się do zubożenia dużej części społeczeństwa, a wielu wpędzić w skrajne ubóstwo. Nawet w ostatnich miesiącach bardzo wiele firm zbankrutowało przez szkodliwą społeczną politykę. A cóż powiedzieć o decyzjach rządzących, którzy w tych czasach prawie odcięli chorych od służby zdrowia, czego efektem były przedwczesne zgony dziesiątek tysięcy obywateli. Czy podejmując takie decyzje kierowano się zasadami wiary katolickiej i prawem Bożym? Czy rządzący czuli wówczas nad sobą królowanie Chrystusa? Czy tę władzę respektowali? Jakże wielka będzie odpowiedzialność przed Bogiem na końcu czasów, na sądzie ostatecznym, wszystkich, którzy w jakimkolwiek stopniu mieli wpływ na porządek społeczny i losy poszczególnych osób i całych narodów.
W pierwszej połowie XX wieku w Krakowie żyła i pracowała w jednym ze szpitali pielęgniarka, pobożna niewiasta, mistyczka, dziś służebnica Boża, Rozalia Celakówna. W jej pismach, jakie pozostawiła po sobie, szczególnie mocno przemawiają słowa dotyczące intronizacji Chrystusa Króla. Wskazuje ona na osobę Jezusa, którego życzeniem jest, aby ludzie uznali Go Królem, by na całym świecie mogło być zaprowadzone Jego Królestwo. Pisze między innymi że Pan Jezus w szczególny sposób chce być naszym Królem, On sobie tego życzy. Polska musi w sposób wyjątkowy uroczyście ogłosić Pana Jezusa swym Królem przez intronizację Jego Boskiego Serca i wtedy Jezus jej będzie błogosławił i bronił od nieprzyjaciół. W innej wizji usłyszała słowa Jezusa: „Ostoją się tylko te narody, w których będzie Chrystus królował. Jeżeli chcecie ratować świat, trzeba przeprowadzić Intronizację Najświętszego Serca Jezusowego we wszystkich państwach i narodach na całym świecie. Tu i jedynie tu jest ratunek. Które państwa i narody jej nie przyjmą i nie poddadzą się pod panowanie słodkiej miłości Jezusowej, zginą bezpowrotnie z powierzchni ziemi i już nigdy nie powstaną. Polska nie zginie, o ile przyjmie Chrystusa za Króla w całym tego słowa znaczeniu”.
W 1939 roku, w obliczu grożącej Polsce wojny, mimo próśb kierowanych do prymasa Hlonda, nie doszło do intronizacji Chrystusa Króla, która by mogła uratować naród polski przed wojenną tragedią. Sprawa intronizacji odżyła dopiero w początkach obecnego wieku, kiedy to nasiliły się ruchy intronizacyjne. Początkowo w roku 2008 Episkopat Polski sceptycznie odniósł się do tej idei. Stwierdził nawet, że ogłoszenie Chrystusa Królem Polski „jest niewłaściwe i niepotrzebne”. W 2012 roku także uważał, że „nie trzeba Chrystusa ogłaszać Królem, wprowadzać Go na tron”. Zmienił jednak zdanie w 2016 roku, gdy po głębszej analizie stwierdził, że uznanie przez wspólnotę ojczystą panowania Jezusa Chrystusa nad nią jest teologicznie dopuszczalne. I wówczas w roku jubileuszowym 1050-lecia chrztu Polski uroczyście dokonano Aktu Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana.
W sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, wobec licznej rzeszy pielgrzymów, w tym Prezydenta Polski i polityków został dokonany akt intronizacji Chrystusa Króla. Brzmiał on między innymi: „Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju”.
Wówczas została wyrażona wola królowania Chrystusa w naszej ojczyźnie. Jednak trzeba wciąż to potwierdzać i umacniać, aby Chrystus i jego prawo królowania nie były lekceważone i odrzucane w wymiarze społecznym i narodowym, i aby liczono się z Bożym porządkiem zawsze i wszędzie.
24. Adwent to też przygotowanie się na śmierć
Adwent to okres liturgiczny, który ma podwójny charakter. Jest czasem, w którym przygotowujemy się duchowo na Boże Narodzenie. Temu służą między innymi rekolekcje, spowiedź, a także różne praktyki religijne, takie jak Msze Święte roratnie i codzienna modlitwa w rodzinach. Jednocześnie liturgia Mszy Świętych, szczególnie pierwszej części Adwentu, mocno zwraca uwagę na potrzebę gotowości na spotkanie z Chrystusem w dniu Bożego sądu. Mowa tu o sądzie ostatecznym w czasie powtórnego przyjścia Chrystusa w chwale, ale też chodzi o sąd szczegółowy, który dosięgnie nas w chwili śmierci. Tak więc Adwent to właściwie czas, który ma nas duchowo przygotować na śmierć.
Wymowną praktyką liturgiczną w tradycji Kościoła w Polsce czasów szlacheckich było gromadzenie się siedmiu stanów społecznych na Mszy Świętej roratniej. Przedstawiciele tych stanów – król, prymas, senator, szlachcic, żołnierz, kupiec i kmieć podchodzili z płonącymi świecami do ołtarza i wręczali je kapłanowi, mówiąc: „Jestem gotowy na sąd Boży”.
Ta perspektywa nieuniknionej śmierci, mimo doświadczeń wielkiej kruchości naszego życia, w czasach obecnych jest nieustannie odsuwana i lekceważona. Życie doczesne tak zawładnęło świadomością wielu ludzi, że w większości w ogóle nie myślą się stąd „wyprowadzać”. Trzymają się kurczowo ziemi, jakby tu mieli pozostać na zawsze. Także wiarę, łącznie z Panem Bogiem, próbują wciągnąć w swoje doczesne interesy. W ich mniemaniu to nie oni mają służyć Bogu, czcić Go, miłować i liczyć się z Nim, jako Panem i Królem, ale to Bóg ma im służyć, dawać im siły i zdrowie oraz bardzo długie i szczęśliwe życie, jak w niejednej bajce. Jeśli stwierdzą zbyt małą przydatność takiej użytkowej wiary w perspektywie doczesnej, to „zwracają bilet” i odchodzą. Obecnie w świecie, niestety także i w Polsce, mamy do czynienia z wielką apostazją w Kościele, odchodzeniem ludzi ochrzczonych, także bierzmowanych, którzy swoją wiarę mieli mężnie wyznawać, bronić jej i według niej żyć.
W całej historii biblijnej, kiedy to ludzie także zdradzali Boga, sprzeniewierzali się Mu i odchodzili, by czcić bóstwa skrojone na miarę ich doraźnych potrzeb, Bóg posyłał proroków, natchnionych mężów, którzy napominali i przestrzegali przed grożącą zagładą. Ukazywali też nadzieję zbawienia tym, którzy byli uciskani i lekceważeni, ale trwali w wierności Bogu. W okresie Adwentu Kościół wspomina takich proroków, którzy w służbie Bożej odgrywali niezwykle ważną rolę – przypominali o zapowiedzi Bożej, podtrzymywali ducha w narodzie, zapowiadali czasy mesjańskie, kiedy to przyjdzie Mesjasz, aby zbawić swój lud. Do nich należał między innymi prorok Izajasz, do którego liturgia Adwentu szczególnie nawiązuje i którego słowa przytacza św. Jan Chrzciciel, także prorok poprzedzający Zbawiciela.
„Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina niech będzie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte niech się staną prostymi, a wyboiste drogami gładkimi!”. To jest podwójny głos, podwójne wołanie do ludzi każdego czasu. Jest to wołanie o przygotowanie się na przyjście Zbawiciela, aby zastał nas gotowych, zarówno w perspektywie świąt Bożego Narodzenia, jak również w perspektywie eschatologicznej, gdy przyjdzie w chwili naszej śmierci. Bo On i tak przyjdzie, cokolwiek byśmy robili, jakkolwiek byśmy żyli – czy mądrze czy głupio, czy odpowiedzialnie czy lekkomyślnie, to i tak przyjdzie. A stawka jest ogromna. Bo chodzi tu o naszą wieczność.
Przed dwoma tygodniami mój kolega poinformował mnie o śmierci swego brata, który dwadzieścia lat temu porzucił drogę małżeństwa i rodziny, odszedł od żony, zaniedbał kontakty z dziećmi, a przez to je krzywdził. Skakał sobie po różnych pagórkach, ale do czasu, kiedy znalazł się w dolinie samotności, przygnieciony chorobą, rakiem kości. Za namową swego brata postanowił wyprostować swoje drogi do Boga i do najbliższych. Widocznie jeszcze nie zatracił do końca wiary, skoro po długich latach życia bez sakramentów zgodził się pojechać do sanktuarium maryjnego w Gietrzwałdzie, by się wyspowiadać. Zawieziono go tam, a ksiądz, który go spowiadał, jakby na niego czekał. Przeżył to głęboko jako wielką łaskę, która w sposób cudowny odmieniła jego życie. Pojednany z Bogiem i pogodzony z rodziną wrócił szczęśliwy do domu, w którym żona bez słowa go przyjęła i przez kilka miesięcy aż do jego śmierci nim się opiekowała. A on pogodny, mimo cierpienia, dziękował jej za tę opiekę. Jego brat ksiądz nie mógł się nadziwić jak Pan Bóg może odmienić życie człowieka jeśli tylko zobaczy wolę nawrócenia. Wielkie rzeczy Bóg może uczynić z każdym człowiekiem, jeśli tylko wykaże odrobinę dobrej woli, by przyjąć Bożą łaskę.
Ten przykład pokazuje nam wyraźnie, że życie przeżywane lekko i beztrosko nie daje szczęścia, często wpędza ludzi w ciemne doliny, co może skończyć się tragicznie. Ale Pan Bóg nawet w ostatniej chwili może odmienić komuś życie i dać nadzieję zbawienia. Czasem potrzeba też i drugiego człowieka, który zmobilizuje i popchnie we właściwym kierunku. Stąd też i nasza odpowiedzialność za bliskich, aby przypomnieć o Bogu, o nieuniknionym sądzie Bożym, o życiu przyszłym, którym może być niebo, ale też piekło. Ta właśnie eschatologiczna perspektywa bardzo mocno i właściwie kształtuje naszą wiarę. Czyni nas odpowiedzialnymi za swoje życie, które trzeba nam przeżywać jako osobisty adwent w oczekiwaniu na spotkanie Boga w chwili własnej śmierci.
25. Boże Narodzenie głównie Tradycją silne
W święta Bożego Narodzenia ponownie odkrywamy wielkość Bożego daru. Jest nim Jezus – Syn Boży, który stał się człowiekiem. Trzeba zauważyć, że jest to niezwykłe wydarzenie, zasadniczy przełom w historii świata, który prowadzi nas do wyzwolenia z mocy zła i Szatana, prowadzi nas do zbawienia.
Papież Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał, w książce zatytułowanej Bóg i świat napisał: „Jest to ogromne wydarzenie – że Bóg rzeczywiście stał się człowiekiem. Że nie przebrał się za człowieka, że nie odegrał tylko krótkotrwałej roli w naszej historii, lecz rzeczywiście był człowiekiem – by na koniec swymi rozpostartymi na krzyżu ramionami uczynić siebie otwartą przestrzenią, w którą możemy wkroczyć”.
Według niemieckiego biskupa Rudolfa Grabera, to, co wydarzyło się w Betlejem nieskończenie przewyższa akt stworzenia świata. Nigdy wcześniej nie wydarzyło się nic większego i nigdy nic większego się nie wydarzy. Albowiem fakt, że Syn Boży, druga osoba Boska, decyduje się zostać człowiekiem na tej maleńkiej Ziemi, przewyższa absolutnie wszystko.
Jezus Chrystus, Bóg-człowiek stał się jedyną drogą prowadzącą do zbawienia. Bo nie ma innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.
W dobie tak wielu religii i kultur od wielu lat na teologicznym horyzoncie pojawiają się myśli, idee mówiące o innych drogach prowadzących do Boga. Takie myśli, iście masońskie, mówiące o prawdziwości wielu religii, przeniknęły także do Kościoła, zainfekowały myślenie wielu ludzi, szczególnie teologów, a także hierarchów. Można je niekiedy wyczytać w niektórych oficjalnych dokumentach i w zwyczajnym nauczaniu. Jest jedna tylko droga do Zbawienia – Jezus, który żyje i działa w Kościele katolickim.
Mówi się dzisiaj o wielkim zamieszaniu, zamęcie w doktrynie, o odchodzeniu od nauczania zawartego w Piśmie Świętym i Tradycji.
Kardynał Robert Sarah, były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów udzielił ostatnio wywiadu francuskiemu tygodnikowi France-Catholique, w którym mówił o problemach Kościoła. Podkreślił, że w ostatnim czasie Kościół stoi wobec pokusy odcięcia się od własnej tradycji. Powiedział, że „Kościół porzuca swą tradycję, bo ma nadzieję, że w ten sposób przyciągnie do siebie ludzi. Ale to jest błąd. Łagodzenie radykalizmu Ewangelii nie sprawi, że ludzie do nas powrócą. Wręcz przeciwnie. Oni chcą czegoś co ma moc…”. Nawiasem mówiąc, we wspólnotach Tradycji nie brakuje ludzi młodych, a seminaria duchowne są zapełniane. Do sześciu seminariów Tradycji w tym roku wstąpiło 117 młodych ludzi. Trzeba nam zatem głosić wyraźnie prawdy wiary, jakie głoszono przez wieki, począwszy od czasów apostolskich, że jest tylko jedna prawdziwa, objawiona religia – katolicka, i jest jeden chrzest, który gładzi grzech pierworodny i jednoczy z Jezusem i Kościołem. A Kościół w swojej istocie to tak jak sam Jezus, ten sam wczoraj i dzisiaj i zawsze. Nie do przyjęcia są słowa mówiące o tym, że nadchodzi nowy Kościół, jakiego dotąd nie znamy. Jeśli taki nadchodzi i się pojawia, to z pewnością fałszywy. My wierzymy w jeden, święty i apostolski Kościół, ani w soborowy, ani w synodalny, ale po prostu w Kościół Chrystusowy.
Kardynał Robert Sarah we wspomnianym wywiadzie powiedział również jak przeżywanie świąt Bożego Narodzenia w czasach jego dzieciństwa w Afryce różniło się od tego, co widzimy dziś w Europie, która koncentruje się na prezentach i konsumpcji. W Afryce bowiem na pierwszy plan wysuwa się wymiar religijny tych świąt. A kiedy był dzieckiem i ministrantem, wspominał hierarcha, liczyła się dla niego przede wszystkim Msza Święta. „Ta bliskość z Bogiem była dla mnie ważniejsza niż świętowanie w rodzinie” – powiedział. Wspominał też, że przy okazji świąt w parafii udzielano gościny ludziom, którzy pokonywali wiele kilometrów by dostać się do kościoła. Kardynał zauważył z ubolewaniem, że dziś Bóg znika z naszych społeczeństw, przestaje się liczyć, a człowiek zamyka się w samym sobie. Niestety – dodał afrykański purpurat – Kościół wydaje się iść w tym samym kierunku. Skupia się na tym, co horyzontalne, na sprawach społecznych. „To nie pomoże w ponownym odkryciu sacrum. A tymczasem tylko Kościół mógłby przeorientować ludzkość na Boga” – powiedział. „Nadzieja człowieka spełnia się tylko wtedy, gdy on klęczy przed Bogiem i Go adoruje” – mówił kardynał Sarah, odnosząc się do nadziei, którą wnosi Boże Narodzenie. Tak, Jezus jest nadzieją świata, bo tylko On jest jedynym Zbawicielem.
26. Cudowność Bożego Narodzenia
W świętą noc Bożego Narodzenia wzorem pasterzy betlejemskich przybywamy do naszych świątyń, aby pokłonić się Zbawicielowi narodzonemu z Maryi Panny. Przybywamy wzorem naszych ojców, całych pokoleń pielęgnujących ten czcigodny zwyczaj, aby dać wyraz naszej tęsknoty za Zbawcą. Nie czekamy zbyt długo, ale przybywamy jako pierwsi. Dajemy w ten sposób wyraz naszemu pragnieniu, aby uwielbić Boga w tajemnicy Bożego Narodzenia.
Do tych świąt i czcigodnej tradycji w swoim kraju, w Gwinei, nawiązał kardynał Robert Sarah, były prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, który w wywiadzie udzielonym gazecie francuskiej powiedział o tym, jak święta Bożego Narodzenia z czasów jego dzieciństwa w Afryce różniły się od tych we współczesnej Europie, która koncentruje się na prezentach i konsumpcji. W Afryce bowiem na pierwszy plan wysuwa się wymiar religijny tych świąt. A kiedy był dzieckiem i ministrantem, wspomina hierarcha, liczyła się dla niego przede wszystkim Msza Święta. „Ta bliskość z Bogiem była dla mnie ważniejsza niż świętowanie w rodzinie” – powiedział. Wspominał też, że przy okazji świąt w parafii udzielano gościny ludziom, którzy pokonywali wiele kilometrów, by dostać się do kościoła. Kardynał Robert Sarah zauważa z ubolewaniem, że dziś Bóg znika z naszych społeczeństw, przestaje się liczyć, a człowiek zamyka się w samym sobie. Niestety – dodaje afrykański purpurat – Kościół wydaje się iść w tym samym kierunku. Skupia się na tym, co horyzontalne, na sprawach społecznych. „To nie pomoże w ponownym odkryciu sacrum. A tymczasem tylko Kościół mógłby przeorientować ludzkość na Boga” – powiedział. „Nadzieja człowieka spełnia się tylko wtedy, gdy on klęczy przed Bogiem i Go adoruje” – mówił kard. Robert Sarah, odnosząc się do nadziei, którą wnosi Boże Narodzenie. Tak, Jezus jest nadzieją świata, bo tylko On jest jedynym Zbawicielem.
Tą nadzieją żył naród izraelski od czasów Abrahama. Wyczekiwał bowiem Mesjasza, który zbawi swój lud. I doczekał się. Spełniło się proroctwo Izajasza. „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką” – głosił prorok osiem wieków wcześniej. I tak się stało.
To wydarzenie było tak niezwykłe, że poruszyło cały kosmos w znaku gwiazdy betlejemskiej. Poruszyło niebiosa z chórami anielskimi. Poruszyło ziemię betlejemską, a na niej czuwających pasterzy, którzy przybiegli za głosem aniołów, by pokłonić się Panu. To było wielkie objawienie Boga światu. Jak zapowiedział prorok, niebiosa się rozdarły i zstąpił na ziemię Odkupiciel.
Dzisiaj przywołujemy to wydarzenie z wielką wdzięcznością i z pewnym sentymentem wyrażonym śpiewem kolęd. Bo ono od wieków w naszej katolickiej tradycji porusza wyjątkowo nasze serca, rozbudza uczucia wiary i miłości do Jezusa. I w tym pomaga nam tradycyjna szopka, w której bez żadnych trudności rozpoznajemy Maryję i Józefa pochylających się nad nowonarodzonym Dziecięciem. Nie ma tu nic szokującego. Wszystko jest na swoim miejscu, tak jak być powinno.
To, co może nas zadziwiać, to sam cud Bożego narodzenia. Spełnia się bowiem jeszcze inne proroctwo Izajasza: „Oto panna pocznie i porodzi Syna”. Pocznie i porodzi pozostając bez naruszonego dziewictwa. Nie mamy wprawdzie biblijnych opisów samego porodu, ale według wizji niektórych mistyków, zdarzenie to było cudowne. Mówią o tym wizje mistyków, takich jak sługa Boży o. Dolindo, czy sługa Boża Maria z Agredy, która w swych pismach stwierdziła, że Syn Boży rodząc się z Maryi Panny nie naruszył jej łona, co więcej, „swoją Matkę w Jej dziewiczej czystości i niepokalaności jeszcze bardziej uduchowił i uświęcił. Albowiem wyszedł z Niej, tak jak wychodzą promienie słońca z kryształu, który przez te promienie nie ulega ani stłuczeniu, ani uszkodzeniu, lecz wydaje się nawet piękniejszy i promienniejszy” (Boże Narodzenie w wizjach czcigodnej sługi Marii z Agredy, Radio Niepokalanów).
Także bł. Anna Katarzyna Emmerich, niemiecka stygmatyczka, wizjonerka i mistyczka z przełomu XIX i XX wieku, otrzymała cudowne widzenie narodzin Zbawiciela. Widziała Maryję zachwyconą na modlitwie. Widziała Dziecię, które Maryja w pewnej chwili porodziła. Było ono tak jaśniejące, że jaśniejsze nad wszystek inny blask. Maryja przykryła Dzieciątko chustką, a gdy mały Jezus zaczął się ruszać i płakać, wzięła Go na ręce, przytuliła i zaczęła karmić. Widziała też aniołów w ludzkiej postaci, zwróconych twarzą do ziemi. I widziała Józefa, który na zawołanie Maryi przerwał modlitwę, podszedł i upadł na twarz przed Dzieciątkiem, po czym wziął je na ręce i położył je w żłóbku.
Dzisiaj, będąc też blisko tej wielkiej tajemnicy, wyobrażamy to sobie i też ją z wielką czcią przeżywamy.
Boże Narodzenie to cud w wielu wymiarach. To wielka epifania Boga, zapowiedź kolejnych cudów, jakie będą się działy na ziemi, po której będzie chodził i nauczał Jezus. To także zapowiedź cudu Eucharystii, cudu, który dokonuje się przez wieki w Kościele na ołtarzach podczas sprawowania Najświętszej Ofiary. Za każdym razem rodzi się wówczas Zbawiciel pod postaciami chleba i wina. Rodzi się po to, by móc narodzić się w naszych sercach, gdy Go godnie przyjmujemy w Komunii św. Niech ów cud i w nas się dokona. Niech Boże promienie łaski przenikną i nasze serca, jak przeniknęły duszę Maryi, Matki Zbawiciela.
27. Trzeba się trzymać mocno prawdy
Charles-Emile Freppel, francuski biskup z XIX wieku, ojciec soborowy na Soborze Watykańskim I, pisał: „Największym nieszczęściem, jakie może spotkać jakąś epokę lub jakiś kraj, jest porzucenie prawdy, lub jej umniejszenie. Po każdym innym ciosie można się podnieść, ale nie po tym, jak poświęciło się same zasady. W pewnych momentach umysły mogą się ugiąć, a moralność publiczna może zostać dotknięta jakąś wadą lub złym przykładem. Nic jednak nie jest stracone, dopóki prawdziwa doktryna trwa w nienaruszonym stanie. Dzięki niej prędzej czy później wszystko, ludzie i instytucje, wróci do należytego porządku. Zawsze bowiem można odzyskać dobro, jeśli nie utraciło się prawdy”.
Ta wypowiedź naprowadza nas na temat wierności prawdzie, a szczególnie prawdom wiary i całej doktryny katolickiej. Owszem, dotyka to również prawd z wielu innych dziedzin życia społecznego. Nie trzeba tutaj szczególnych wywodów, wszak jesteśmy na bieżąco świadkami walki o prawdę na temat pandemii, w obliczu blisko dwuletniej niespójnej, nielogicznej narracji, która obecnie jest w rozsypce. Iluż ludzi musiało paść ofiarą na skutek tej całej niszczącej życie społeczne, w tym religijne, działalności wielu rządów świata? A kuriozum stało się zamykanie kościołów i nieliczenie się z całym porządkiem Bożym, w tym również z Bożymi przykazaniami.
Dzisiaj w liturgii słowa usłyszeliśmy fragment 1 Listu św. Pawła do Koryntian. Również apostoł należał do tych, którzy zmagali się z głosami podważającymi prawdę. Tą prawdą, która jest fundamentem naszej wiary, jest zmartwychwstanie Chrystusa i nasze zmartwychwstanie. To o nią św. Paweł walczył, by nie była spychana z horyzontu naszej nadziei i naszej wiary. Bo i dzisiaj słyszy się niekiedy pytanie czy po śmierci jest jakieś życie. Chrześcijaństwo bez perspektywy życia wiecznego, bez Chrystusa i naszego zmartwychwstania nie ma najmniejszego sensu. Pisze o tym dobitnie św. Paweł: „Jeśli umarli nie zmartwychwstają, to i Chrystus nie zmartwychwstał. A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w waszych grzechach”. Tak więc jeśli dzisiaj słyszy się słowa wątpienia w życie pozagrobowe, to jest to nic innego, jak zaprzeczanie zmartwychwstania ciał i życie wieczne, co wyznajemy w Credo. Wiara, która odrzuca prawdę o zmartwychwstaniu ciał, czyli prawdę o życiu wiecznym, przestaje być prawdziwą wiarą. Religia taka staje się jedynie pewną filozofią głoszącą hasła na użytek doczesnego życia typu pokój, pojednanie, braterstwo.
Dla nas, katolików, prawda o zmartwychwstaniu jest fundamentem wiary i racją wszelkich praktyk religijnych, które mają nie tyle umilać nam życie, ale mają nas prowadzić do życia wiecznego.
Oprócz tej prawdy wiary znajdujemy też inny ważny wątek łączący się z tą prawdą. A jest to wiara w Chrystusa, którego życie i działanie wykracza poza życie doczesne, gdyż jest On nade wszystko sprawcą naszego zmartwychwstania. Bo „jeżeli tylko w tym życiu w Chrystusie nadzieję pokładamy – pisze św. Paweł – jesteśmy bardziej od wszystkich ludzi godni politowania”. Co to w praktyce oznacza? Jeśli ktoś postrzega i wzywa Chrystusa jako kogoś, który ma mu służyć i pomagać tylko w tym życiu, ogranicza jego władzę do spraw tego świata. A przecież Chrystus przyszedł na ten świat i cierpiał za nas nade wszystko po to, aby nas odkupić i wysłużyć nam zbawienie. Nawet cuda i uzdrowienia, których dokonywał i nieraz dokonuje, działy się i dzieją nie dla zaspakajania naszych potrzeb doczesnych, ale są one znakami rzeczywistości przyszłego życia. Przez to Chrystus pokazuje, że on jest Panem naszego życia. Że w Jego ręce Bóg Ojciec złożył nasz los i odtąd do Niego wszystko należy. Toteż przed Nim klęknie wszelkie kolano istot niebieskich i ziemskich, bo tylko w nim jest nasze zbawienie.
W tej też perspektywie należy odczytywać słowa z dzisiejszej Ewangelii, zarówno słowa błogosławieństw jak i biada. Słowa błogosławieństw, swoiste pocieszenie, Jezus kieruje szczególnie do ludzi ubogich, głodujących i płaczących. Ich ciężka dola związana z cierpieniem jest sytuacją pozwalającą doświadczyć Bożej sprawiedliwości płynącej od Zmartwychwstałego. Sam głód i cierpienie nie mają mocy zbawczej, ale przeżywanie tych niedoli razem z Chrystusem, z wyznawaniem Go mimo prześladowań, otwiera przed nimi bramy Królestwa Bożego. I odwrotnie, bogactwo, sytość i beztroskie życie wynikające z lekceważenia Bożego porządku i odrzucenia wiary i bojaźni Bożej, staną się powodem odrzucenia i wiecznego potępienia. Na nic też zda się nawet powszechny szacunek i kult odbierany przez bardzo wielu, bo może on być efektem zwiedzenia i głoszenia tego, co ludziom się powszechnie podoba, Na nic się on zda, gdy zabraknie głoszenia prawdy, szczególnie prawdy Bożej, która zwykle wiele kosztuje, często odrzucenie, pogardę i prześladowanie. „Którego z proroków nie prześladowano?” – pytał sam największy Prorok – Jezus. Przeto trzeba uważać słuchając głosów współczesnych proroków, oklaskiwanych, gromadzących tłumy i przez nie kochanych.
Idźmy zatem nie tyle za ludźmi, ile za prawdą, której uosobieniem jest sam Chrystus. Nie dajmy się zwodzić bożyszczom tego świata. Bo najczęściej pod ich postaciami oraz ich zwodniczymi i fałszywymi naukami kryje się działanie Antychrysta, czyli fałszywego proroka, wilka w owczej skórze. Trzymajmy się mocno prawdy objawionej w Jezusie Chrystusie i przez wieki przekazywanej przez Kościół katolicki. Niech to nawet nas wiele kosztuje, ale bądźmy jej wierni, bo tylko tak będziemy wierni Chrystusowi, który nas odkupił i daje nam wieczne zbawienie.
28. Duch synodu o synodalności
W pierwszym tygodniu po Wielkanocy w diecezji płockiej mają miejsce Dni Pastoralne, które są organizowane co roku dla księży i delegatów świeckich z poszczególnych parafii całej diecezji. Tematem tegorocznych Dni Pastoralnych był „Kościół na Mazowszu po doświadczeniu pandemii i w dobie procesu synodalnego”. Wysłuchaliśmy dwóch referatów przedłożonych przez prelegentów: ks. dra hab. Andrzeja Dragułę i dra hab. Aleksandra Bańkę. Po referatach były nieliczne głosy dyskusyjne z sali. W drugim dniu obrad były to zaledwie dwa głosy. Czas na dyskusję pozostawiono w grupach, w których prelegenci już nie uczestniczyli. Powiedzieli, co mieli powiedzieć i odjechali. To tak w duchu synodalności, gdzie wzajemne słuchanie jest priorytetem.
Jak ważne jest wzajemne słuchanie przekonywał prelegent pan dr hab. A. Bańka, który pokazał bardzo szczerze, jak daleko powinna być posunięta wola słuchania drugiego człowieka, gdy stwierdził, że nawet zwolennika aborcji, czyli okrutnej zbrodni dokonywanej na dzieciach nienarodzonych jest gotów wysłuchać i co więcej, o zgrozo, uszanować taki właśnie pogląd.To stwierdzenie urasta wręcz do symbolu, jak daleko w złym kierunku, być może zamierzonym, poszła idea tak rozumianej synodalności. Mamy przede wszystkim słuchać. A chodzi tu szczególnie o tych, którzy myślą inaczej, czyli błędnie. W takim też duchu dokonał „niesłychanego” odkrycia abp Grzegorz Ryś, gdy uczestnicząc w synodzie wspólnoty odłamu protestanckiego powiedział: „Trzeba było czekać aż pięćset lat, żebyśmy zaczęli się wzajemnie słuchać”. No proszę, jakie to proste żeby doszło do odnowy Kościoła, a może i do definitywnego pojednania. Nie ma już tu znaczenia prawda, która jest jedna, liczą się różne opinie, nieważne czy są mądre, czy głupie, czy służące dobru, czy wręcz szkodliwe. Wystarczy słuchać, aby było lepiej.
Dla poparcia tej kuriozalnej tezy o potrzebie słuchania każdego i szanowania każdej opinii, a co za tym idzie liczenie się też z fałszywymi tezami, posłużono się biblijną wskazówką z Apokalipsy św. Jana, gdzie Chrystus wzywa, aby słuchać „co mówi Duch do Kościołów” (Ap 2,11). Posłużono się również sformułowaniem „sensus fidei” dla potwierdzenia nieomylności Ludu Bożego, która niestety ma wynikać z samego sakramentu chrztu. W rozumieniu takiego projektu synodalnego nie wymaga się od tegoż ludu wyznawania prawdziwej katolickiej wiary, życia sakramentalnego, życia w łasce Bożej, skoro do synodu zaprasza się jawnych grzeszników, ludzi kwestionujących nauczanie Kościoła. Kogo więc każe nam się słuchać? Należy też postawić zasadnicze pytanie – który tak naprawdę duch przez takie osoby przemawia? Bynajmniej nie Duch Święty, jeśli się słyszy z ich strony głosy niezgodne z dotychczasowym nauczaniem Kościoła.
Co więc tak naprawdę mówi Duch do Kościołów? Odpowiedzi winniśmy szukać szczególnie w tej Księdze, z której zaczerpnięto owe słowa. A ów Duch, Boży Duch mówi jasno i konkretnie.
W Liście do Kościoła w Efezie Jezus chwali tamtejszych chrześcijan za wierność doktrynie. To ważny znak i dla nas, byśmy nie szli na zgniłe kompromisy z „nowoczesnym” i „postępowym” światem, zarówno w sferze wiary, jak i moralności. Bo i dzisiaj nie brak katolików, którzy zwą się „otwartymi” i „postępowymi”, odrzucających przy tym niewygodne treści Tradycji Kościoła.
A cóż mówi Duch do chrześcijan prześladowanych na całym świecie? Zapewne zachęca do wytrwałości, jak to czynił w stosunku do Kościoła w Smyrnie. Chrystus zauważa prześladowania i cierpienia wyrządzane przez Żydów. Co więcej, wobec tych wielkich cierpień, jakich zaznali chrześcijanie w Smyrnie, Jezus w ostrych słowach oświadcza, że to nie Żydzi, to synagoga szatana, to słudzy przeciwnika Boga. Czy dziś jest jeszcze odwaga tak nazwać prześladowców, jak to sam Zbawiciel uczynił, narażając się z pewnością na posądzenie o antysemityzm i mowę nienawiści?
Dla Kościoła, wspólnoty wiary, obok wrogości zewnętrznej wielkim niebezpieczeństwem jest zagrożenie płynące z wnętrza. Chodzi tu o herezje i brak troski o czystość doktryny. Śmiercią dla Kościoła jest bardziej utrata prawdziwej wiary niż utrata wyznawców. Dlatego Chrystus zarzuca chrześcijanom z Pergamonu częściowe tolerowanie u siebie nikolaitów. Ci bowiem głosili, że nie ma nic niewłaściwego w łączeniu chrześcijańskich zasad z pogańskimi. Ponadto tamtejsi chrześcijanie zaczęli uczestniczyć w pogańskich biesiadach ku czci bóstw i ich obrzędach religijnych. Zapewne nie chodziło wtedy o uprawianie dialogu międzyreligijnego.
Chrystus na wzór napomnienia, jakiego udzielił Kościołowi w Tiatyrze, upomina również Kościół nam współczesny za uleganie wpływom pogańskim, nazywanym od kilku dziesięcioleci dostosowaniem się do świata.
Natomiast wobec duchowego rozkładu w Kościele, jaki już miał miejsce w Sardach, Chrystus nic innego nie poleca, jak tylko wzywa do nawrócenia. A wszystkim obojętnym religijnie, tak jak to miało miejsce w przypadku Kościoła w Laodycei, udziela nagany: „Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę” (Ap 3,19) – mówi Zbawiciel. Te słowa są przypomnieniem wszystkim chrześcijanom, że nie ma chrześcijaństwa lekkiego, fajnego, bez krzyża i życiowych przeciwności.
Jeśli więc ktoś powołuje się na słowa z Apokalipsy, to niech uważnie ją przeczyta w całości, by się dowiedzieć co naprawdę mówi Duch do Kościołów, a wtedy się przekona, że przedłożony nam projekt synodu o słuchaniu innych nie ma nic wspólnego z wsłuchiwaniem się w słowa kierowane z nieba. Bo tam rzeczywiście i konkretnie mówi Duch do Kościołów. I tylko tego Ducha słuchajmy.
29. Kościół jako antyteza wieży Babel
W uroczystość Zesłania Ducha Świętego, razem z Maryją, Matką rodzącego się Kościoła, stajemy się świadkami wielkiej manifestacji działania Boga. Świadkami jakby nowego stworzenia, wielkiej odnowy ludzkości.
Wiemy dobrze, że pierwszym dziełem Boga było stworzenie świata, rzeczy widzialnych i niewidzialnych, a wśród nich stworzenie człowieka. Ale wiemy też, że to stworzenie uległo skażeniu przez grzech. Ludzkość pogrążała się w mrokach śmierci. I by uratować ludzkość, Bóg postanowił świat odnowić. Posłał więc Syna swojego, Jezusa Chrystusa, aby ludzkość odkupił. Dokonał tego nasz Zbawiciel przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie. To był decydujący zwrot w dziejach świata. Świat został powstrzymany przed zagładą. Przed ludzkością otwarły się niebiosa. I stamtąd też zstąpiła moc Ducha Świętego. Zstąpiła najpierw na apostołów. W zewnętrznych znakach wichru i ognia Duch Święty, jak nigdy dotąd, poruszył serca zgromadzonych w Wieczerniku. Toteż napełnieni Jego mocą apostołowie nie mogli milczeć, nie dzieląc się tym, czego doświadczyli. Poczuli w sobie Bożą moc, doświadczyli wyjątkowego rozumienia Bożego przesłania. Efektem tego był jasny i zrozumiały dla ludzi różnych języków i narodów przekaz orędzia, jakie wygłosili. Bo rzeczywiście, tym, co najbardziej zdumiało i zadziwiło zgromadzonych ludzi było to, że każdy słyszał apostołów w zrozumiałym dla siebie języku.
Scena ta dobitnie pokazuje nam, jak Kościół u swych początków stał się miejscem nie tylko Bożego objawienia, ale też miejscem powszechnego jego rozumienia. Język ludzki w sposób najpełniejszy spełnił swoją rolę. Stał się narzędziem porozumienia. Człowiek zaczął rozumieć co Bóg mówi do niego. Także ludzie między sobą zaczęli się rozumieć.
To doświadczenie Kościoła, o jakim czytaliśmy w Dziejach Apostolskich, pokazuje nam również jaki potencjał tkwi w modlitwie, w zanurzeniu się w Bogu, w otwarciu się na działanie Ducha Świętego. Ale zauważmy też, że modlitwa apostołów nie była jakimś krótkim aktem strzelistym, nawet nie było to jakieś godzinne nabożeństwo, jak to najczęściej ma miejsce dzisiaj. To było dziewięć dni trwania na modlitwie. To było usilne błaganie o nadzwyczajną moc, o Bożą interwencję, by mogła dokonać się wielka przemiana w ludzkich sercach i w życiu całych społeczeństw. Nie chodziło tutaj tylko o wzmocnienie prywatnej pobożności, ale o budowanie nowej wspólnoty zjednoczonej mocą Ducha Świętego, wspólnoty zbudowanej na Bożych fundamentach. I od tej niezwykłej chwili Kościół istotnie może stawać się miejscem budowania duchowej wspólnoty, gdzie ludzie rozumieją się wzajemnie, ale najpierw przyjmując to, co do nich mówi Bóg. Bez tego odniesienia nigdy nie zbudujemy prawdziwej wspólnoty.
Według ks. Tomasza Halika, czeskiego myśliciela, Kościół w tym wymiarze budowania wspólnoty zjednoczonej w Duchu Świętym staje się zaprzeczeniem wieży Babel z opowiadania z Księgi Rodzaju. Opowieść ta mówi o tym, że „ludzie chcieli wybudować cywilizację bez Boga i przeciwko Bogu; wysoka wieża, skierowana ku niebu, usiłuje jak gdyby zmieść Boga z Jego tronu” (T. Halik, Zacheuszu!, Kraków 2006, s. 204-205).
W naszym kraju i w krajach bloku wschodniego też przeżywaliśmy drastyczną wersję budowy wieży Babel – cywilizacji bez Boga i przeciwko Bogu. A w ostatnich latach budowane są niby wolne społeczeństwa odwołujące się do idei liberalnych, w tym szczególnie do demokracji, wolności i tolerancji. Czyż obecne instytucje europejskie i światowe nie wspierają idei budowania cywilizacji bez Boga, odrzucając Boży porządek? Z jednej strony zasada wolności wydaje się być nie tylko fundamentalna, ale wręcz rozstrzygająca. Choć w praktyce hasło „wolność” najpiękniej powiewa tylko na sztandarach. A w rzeczywistości służy tylko tym, którzy popierają tak zwane europejskie wartości, czyli nie zawsze zgodne z Ewangelią, z nauką Bożą. Krytyka postaw niezgodnych z Bożym porządkiem w wielu europejskich krajach uchodzi już za przestępstwo i może skutkować dużymi karami, a nawet więzieniem. Współcześni konstruktorzy nowego ładu, wsparci najnowszymi technologiami, mają inną wizję człowieka, rodziny, społeczeństwa. Tam nie ma miejsca na prawo Boże, nawet na prawo naturalne, z prawem do życia włącznie. Ale jest za to prawo do aborcji, do eutanazji dorosłych, a nawet dzieci, prawo do „małżeństw” osób tej samej płci. W tym świecie życie nadprzyrodzone zostało wyeliminowane, nie ma więc mowy o łasce Bożej, o zbawieniu. Budowanie przyszłości w takim wydaniu to też budowanie kolejnej wieży Babel. Brak bowiem odniesienia do Boga, zamknięcie się na prawdę i życie, nie tylko nie jednoczy, ale nie gwarantuje przetrwania. Brakuje tu bowiem otwarcia się na Ducha Prawdy. A tym samym następuje odcinanie się od źródła życia.
Co mamy czynić, by nie popaść w ułudę budowania kolejnej wieży Babel? Patrzmy na apostołów. Obserwujmy ich działania. Działali przede wszystkim mocą Bożą. Budując nowe wspólnoty mocno odwoływali się do nauki Chrystusa. Pojawiały się też różne problemy, także podziały i frakcje. Z bólem o tym pisał św. Paweł w Liście do Koryntian. Ale mimo tych i podobnych problemów apostoł nie układał się ze światem tak, by innych nie urazić, czy nie niepokoić. Nie działał „pod publikę”, by zyskać popularność. Głosił prawdę w porę i nie w porę, ale nie przeciwko komukolwiek, lecz z wielką troską o najwyższe dobro, o zbawienie. Niech we wszystkich naszych szlachetnych poczynaniach nie zabraknie Bożego namysłu, Bożych natchnień, ale i zdrowego rozsądku, aby nasz wkład w życie społeczne okazał się wkładem Ducha Świętego, Ducha Prawdy, Ducha Pocieszyciela.
30. „Zacznijcie mnie czcić!” – prosi św. Andrzej Bobola
20 lat temu Jan Paweł II ogłosił św. Andrzeja Bobolę patronem Polski. Choć jego przedziwna historia pokazuje, że Bóg dał nam go za patrona już dużo wcześniej. Dają o tym świadectwo ludzie święci, jak św. siostra Faustyna, czy mistycy, jak Fulla Horak i inni, którym święty się objawiał i mówił wprost, że jest patronem Polski. Mówił: „Zacznijcie mnie czcić. Będę wam pomagał… mogę być bardzo pomocny w zażegnywaniu wielkich katastrof. Mogę nieść ulgę w cierpieniu… Powiedz ludziom, że grożą im straszne rzeczy za to, że zaniedbują sprawy wewnętrznego życia. Możesz mnie zawsze prosić, a wysłucham cię.”Kim był na ziemi i kim jest ów wielki orędownik z nieba?
Św. Andrzej Bobola urodził się w 1591 roku w Strachocinie koło Sanoka. Pochodził ze szlacheckiej rodziny, bardzo przywiązanej do religii katolickiej. Mając 20 lat wstąpił do jezuitów. Kształcił się w Braniewie, Wilnie oraz w Pułtusku. Był wybitnym kaznodzieją i głosił słowo Boże w Warszawie, w Połocku. Łomży i Wilnie. Pod wpływem jego kazań wielu prawosławnych przeszło na katolicyzm, co stało się powodem wrogości. W czasie wojen kozackich wrogość ta przerodziła się w nienawiść i miała tragiczny finał, którym była jego męczeńska śmierć 16 maja 1657 roku w Janowie Poleskim.
Bity po całym ciele, przywiązany został następnie do konia, później wleczony aż do Janowa, gdzie czekała go ostateczna kaźń. Zapytany na koniec czy jest łacińskim księdzem, odparł: „Jestem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć. Wiara moja jest prawdziwa i do zbawienia prowadzi. Wy powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie. Przyjmując moją wiarę, poznacie prawdziwego Boga i wybawicie dusze swoje”.
Te słowa wprawiły oprawców we wściekłość. Pius XII napisał: „Powtórnie obity biczami, na wzór Chrystusa uwieńczony został dotkliwym spowiciem głowy, policzkami straszliwie sponiewierany i zakrzywioną szablą zraniony upadł. Niebawem wyrwano mu prawie oko, w różnych miejscach zdarto mu skórę, okrutnie przypiekając rany ogniem i nacierając je szorstką plecionką. I na tym nie koniec: obcięto mu uszy, nos i wargi, a język wyrwano i przez otwór zrobiony w karku, ostrym szydłem ugodzono go w serce. Aż nareszcie niezłomny bohater około godziny trzeciej po południu, dobity cięciem miecza, doszedł do palmy męczeńskiej, zostawiając wspaniały obraz chrześcijańskiego męstwa”.
Po 45 latach męczennik ukazał się rektorowi kolegium pińskiego i wskazał, gdzie w krypcie kościoła pod głównym ołtarzem znajduje się jego grób. Ciało znaleziono nietknięte, mimo że spoczywało w wilgotnej ziemi. Zaczęły się mnożyć łaski i cuda. Podjęto wkrótce starania o beatyfikację. Kasata jezuitów i wojny, a potem rozbiory przerwały te starania. Ponownie męczennik miał ukazać się w Wilnie w 1819 roku dominikaninowi, o. Korzenieckiemu, któremu przepowiedział wskrzeszenie Polski spod zaborów i to, że zostanie jej patronem.
Beatyfikacja Andrzeja męczennika miała miejsce 30 października 1853 roku. W 1923 roku rząd rewolucyjny po interwencji papieża Piusa XI zwrócił śmiertelne szczątki bł. Andrzeja. Przywieziono je do Watykanu. 17 kwietnia 1938 roku, w uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, Pius XI dokonał uroczystej kanonizacji bł. Andrzeja, po czym jego relikwie zostały uroczyście przewiezione do kraju. Przejazd relikwii specjalnym pociągiem przez wiele miast był wielkim wydarzeniem. Trumna z relikwiami świętego ostatecznie spoczęła w Warszawie, w kościele jezuitów przy ul. Rakowieckiej.
Jan Paweł II nazwał św. Andrzeja „znakiem prorockim dla Ojczyzny”. Kustosz sanktuarium w Strachocinie powiedział, że w 2002 roku św. Andrzej Bobola został patronem Polski po to, aby Polacy zobaczyli, że trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa nie będzie łatwe i trzeba będzie być takim jak Andrzej Bobola. Jan Paweł II postawił go za wzór do naśladowania, abyśmy umieli trwać w katolickiej wierze, bronić jej i nie lękać się tych, którzy ja zwalczają. I po drugie – trzeba być wiernym Polsce, ojczyźnie, bo to się jakby zazębia u Andrzeja Boboli. Ów święty został nam dany żeby ocalić tę resztę, która jest wierząca. Ma nas przeprowadzić przez trudne „dziś”. (źródło: Przymierze Maryi, 2020 nr 114).
31. Skąd tytuł Królowa Polski?
Dziś Kościół w Polsce czci Matkę Bożą jako naszą królową. Wiele tytułów posiada Maryja, ale ten tytuł jest wyjątkowy. Uzasadnienia tego tytułu możemy w sposób pośredni doszukiwać się w Piśmie Świętym, gdzie mowa o jej wyniesieniu i chwale oraz czci, jaką oddawać jej będą wszystkie narody. Ale wyraźne uzasadnienie tego tytułu w odniesieniu do Polski odnajdujemy w historii naszego narodu.
Historia tytułu Matki Bożej jako Królowej Narodu Polskiego sięga drugiej połowy XIV wieku, kiedy nazwał ją tak Grzegorz z Sambora. Jednak dopiero w XVII wieku pojawiło się teologiczne uzasadnienie tego tytułu dzięki prywatnym objawieniom włoskiego jezuity, o. Juliusza Gulio Mancinellego.
Ów jezuita był mistrzem nowicjatu w Rzymie w czasie, gdy tam przebywał św. Stanisław Kostka. Był zafascynowany polskimi świętymi, zwłaszcza św. Stanisławem, Biskupem i Męczennikiem, jak i Stanisławem Kostką, którego znał osobiście. Przebywał także w Polsce, a w wieku 73 lat odbył pieszą pielgrzymkę z Neapolu do Krakowa, do katedry wawelskiej. Wzorem św. Stanisława Kostki szerzył kult Królowej Nieba.
Pewnego dnia, w czterdziestą rocznicę śmierci młodego Polaka, modląc się do Wniebowziętej, ujrzał nagle wyłaniającą się z obłoków Dziewicę z Dzieciątkiem na ręku, u której stóp klęczał św. Stanisław Kostka. Wyszeptał wówczas wzruszony: „Wniebowzięta! O Królowo Wniebowzięta, módl się za nami!”. Tymczasem Matka Boża zapytała go: „Dlaczego nie nazywasz Mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie”. Usłyszawszy te słowa, o. Juliusz wykrzyknął: „Królowo Polski Wniebowzięta, módl się za Polskę!”. Potem dodał: „Królowo Polski, módl się za nami!”. Powróciwszy zaś do swych braci zakonnych, zapowiedział im, że Matka Boża chce uczynić dla Polaków wielkie rzeczy.
Niedługo potem, po zbadaniu sprawy i za pozwoleniem przełożonego, o. Mancinelli poinformował o tym zdarzeniu swego polskiego przyjaciela, również jezuitę, o. Mikołaja Łęczyckiego, ten zaś przekazał tę nowinę królowi Zygmuntowi III Wazie, a wkrótce rozeszła się ona pośród polskich jezuitów i Polaków. Piotr Skarga, słynny jezuicki kaznodzieja, publicznie głosił radosną wieść, że sama Bogarodzica kazała siebie nazywać Królową Polski.
I te właśnie słowa skłoniły króla Jana Kazimierza do ogłoszenia Najświętszej Maryi Panny Królową Narodu i Państwa Polskiego. Gdy poprosił papieża Aleksandra VII o pomoc w zmaganiach z Moskwą, Szwecją i rebelią Chmielnickiego, ten odwołał się do objawień o. Mancinellego: „Dlaczego zwracasz się o pomoc do mnie, a nie zwracasz się do Tej, która sama chciała być waszą królową? Maryja was wyratuje, toć to Polski Pani. Jej się poświęćcie, Jej oficjalnie ofiarujcie, Ją Królową ogłoście, przecież sama tego chciała”.
Te słowa papieża uzmysłowiły Janowi Kazimierzowi co powinien zrobić. Postanowił, że uda się tam, gdzie ziemia będzie już wolna od wrogów, by ogłosić Maryję Królową Polski. Zgodnie z tą obietnicą, stało się to 1 kwietnia 1656 roku w katedrze we Lwowie, gdzie król złożył słynne śluby i koronował wizerunek Maryi. W dziesiątą rocznicę ślubów lwowskich na wieży kościoła Mariackiego w Krakowie umieszczono pozłacane korony, zmieniając dawne, umieszczone jeszcze w 1628 roku dla uczczenia Królowej. Podwawelski gród dał w ten sposób wyraz swej wierze w królowanie Matki Bożej.
O królowaniu Maryi w polskim narodzie zaczęli też mówić paulini na Jasnej Górze. W roku 1642 o. Dionizy Łobżyński stwierdził, że „Maryja jest Królową Polski, Patronką bitnego narodu, Patronką naszą, Królową Jasnogórską, Królową niebieską, Panią naszą dziedziczną”. W polskich kościołach zawisły wizerunki Matki Bożej z orłem białym na piersiach. Słynny ostrobramski obraz przedstawia zaś postać Maryi z dwiema koronami – jako Królowej Świata i Królowej Polski.
Jednak dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Episkopat Polski zwrócił się do Stolicy Apostolskiej o wprowadzenie święta Maryi Królowej Polski. Papież Benedykt XV chętnie się do tej prośby przychylił, w 1920 roku łącząc je z historyczną datą ogłoszenia Konstytucji 3 Maja, pierwszej polskiej konstytucji z 1791 roku. Biskup Lwowa Józef Bilczewski przedstawił też papieżowi prośbę, by dołączyć do Litanii loretańskiej wezwanie „Królowo Polski, módl się za nami!”.
O królowaniu Maryi w polskim narodzie można mówić już od czasu chrztu Polski. Niemal od początku istnienia naszego narodu znaki czci i szacunku wobec Niej są obecne w kulturze, obyczajach, życiu społecznym i politycznym Polski. To Jej pomocy i opieki wzywano w pierwszej polskiej pieśni, która wielokrotnie pełniła funkcję hymnu narodowego, czyli w Bogurodzicy. Każdy kościół „mariacki” świadczy o Jej szczególnej pozycji w życiu narodu, podobnie jak liczne sanktuaria, tłumnie nawiedzane przez pielgrzymów. Mówi o tym nabożeństwo majowe, zatwierdzone przez papieża Piusa VII w 1815 roku. O roli Maryi mówią dzieje zmagań naszego narodu i dzieje zwycięstw, szczególnie „cud nad Wisłą” w 1920 roku.
Niech ta historia tytułu Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski uzmysłowi nam wyjątkową rolę Maryi wobec naszej Ojczyzny. To nie był jakiś wymysł polskich władców z przeszłości, bądź same pragnienia uciskanego narodu. To była wola samej Matki Bożej, która nasz naród szczególnie umiłowała. Bądźmy jej za to wdzięczni i czujmy się wyróżnieni. I żyjmy tak, by Jej nie zawieźć. A gdy dochowamy Jej wierności, Ona nas wywyższy przede wszystkim w porządku łaski, ale też nie wykluczone, że i w porządku ziemskim. Trwajmy przy Niej jak wierne dzieci przy swojej miłującej Matce i Królowej.
32. Maryja Matką Kościoła, który jest w wielkim kryzysie
Kościół co roku obchodzi święto Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła. Obchodzi to święto w bliskości tajemnicy Zesłania Ducha Świętego, gdyż Maryja razem z apostołami trwała w Wieczerniku na modlitwie i była u początku rodzącego się Kościoła. A wcześniej, napełniona Duchem Świętym, mogła wypełnić zleconą jej przez Boga wielką misję. „Żyjąc prosto, zwyczajnie, jak my” pozwoliła Bogu wejść pełniej w swoje życie, a tym samym w historię ludzkości i dokonać wielkich rzeczy, dokonać dzieła odkupienia.
Jak ważna jest nasza otwartość na natchnienia Ducha, mówią nam tajemnice z życia Maryi, Matki Chrystusa. Maryja, pełna łaski, od początku była otwarta na Ducha Świętego. Jej wiara pozwalała towarzyszyć Jezusowi przez całe ziemskie życie. Począwszy od Jego cudownego poczęcia w chwili Zwiastowania, poprzez niezwykłe Boże Narodzenie i piastowanie Dziecięcia Bożego przez ukryty okres dzieciństwa. Maryja była blisko Jezusa w ważnych chwilach Jego działalności, jakie odnotowali Ewangeliści. Była na weselu w Kanie Galilejskiej, gdzie zaradziła problemowi weselników. Pojawiała się też na szlaku nauczania swego Syna. Ale najważniejsza jej obecność to trwanie pod krzyżem. Tam właśnie konający Jezus, w ostatnich chwilach ziemskiego życia, w osobie umiłowanego ucznia Jana powierzył Jej pod opiekę wszystkich uczniów, cały Kościół. I od tamtej chwili uczeń „wziął ją do siebie”. Maryja w czasach apostolskich jako Matka Kościoła najpełniej zaznaczyła swoją obecność w Wieczerniku, u kolebki rodzącego się Kościoła. Tam razem z uczniami trwała na modlitwie przed zesłaniem Ducha Świętego.
Maryja w historii Kościoła nieraz zaznacza swoją obecność, szczególnie w czasach trudnych, czasach wielkich napięć i kryzysów, w obliczu zagrożeń, by przestrzec, by napomnieć. To są znane, historyczne objawienia w La Salette, gdzie Maryja wzywa ludzi do pokuty i powrotu do Boga, zapowiada kary Boże dla grzeszników i obiecuje obfite łaski w wypadku nawrócenia. To są słynne tajemnice fatimskie, gdzie mowa o wielkich błędach, jakie wyjdą z Rosji i zatrują życie duchowe ludzkości. I tak też się stało. Ideologia komunizmu rozlała się na znaczną część Europy, zniewalając wiele narodów. Tam też Maryja wzywała do pokuty i ofiarowania Rosji Jej Niepokalanemu Sercu. Pewną kontynuacją objawień w Fatimie są objawienia w Akita w Japonii, gdzie Matka Boże nie tylko mówi, ale już płacze. Mówi tam o wielkich podziałach na szczytach władzy i odstępstwach od wiary. Można sobie tylko wyobrazić, i to tylko w pewnym stopniu, jak Maryja, widząc tragiczne losy części ludzkości, cierpi i napomina, dając różne znaki. Nie ma jednak wpływu na to, co zrobią jej dzieci, tak jak wiele ziemskich matek, które z bezradnością obserwują upadki duchowe i moralne swoich synów i córek.
Nadprzyrodzone wydarzenia w Akicie trwały od maja 1973 roku aż do 15 września 1981 roku. Najpierw s. Agnieszka w kaplicy domowej miała wizje aniołów adorujących Najświętszy Sakrament, by ukazać w ten sposób, jak wielkim darem jest obecność Jezusa pod postaciami eucharystycznymi, że w Komunii św. jest prawdziwy, żywy Chrystus.
A następnie Anioł Stróż zaprowadził ją do klasztornej kaplicy przed jaśniejącą niezwykłym blaskiem drewnianą figurę Maryi. Przez tę właśnie figurę Maryja przemawiała do zakonnicy, wzywając najpierw do modlitwy za papieża, biskupów i kapłanów. Temu towarzyszyły cudowne znaki – krople potu na figurze o przyjemnym zapachu oraz krwawienie dłoni figury.
Następnie Maryja wzywała do pokuty i wynagradzania przez cierpienie za grzeszników, którzy zadają Bogu cierpienie. W kolejnym, trzecim przesłaniu Maryja powiedziała, że jeśli ludzie nie będą pokutować i nie poprawią się, Ojciec ześle straszną karę na całą ludzkość. Będzie to kara większa niż potop. Ogień spadnie z nieba i zmiecie z powierzchni ziemi większą część ludzkości, zarówno dobrych, jak i złych, nie oszczędzając ani kapłanów, ani świeckich. Ci, którzy przeżyją, poczują się tak opuszczeni, że będą zazdrościć umarłym. Jedyną bronią będzie Różaniec i Znak dany przez Jezusa.
Dzieło Szatana przeniknie nawet do Kościoła w taki sposób, że kardynałowie wystąpią przeciwko kardynałom, biskupi przeciw biskupom. Kapłani, którzy czczą Maryję, będą pogardzani i wystąpią przeciwko nim współbracia. Kościoły i ołtarze zostaną splądrowane. Z powodu działania Szatana wielu kapłanów porzuci swe powołanie. Maryja powiedziała, że jedynie Ona jest w stanie uchronić nas przed zbliżającymi się nieszczęściami. Ci którzy jej zaufają, zostaną ocaleni.
Ostatnim orędziem Maryi w Akicie były łzy, jakie popłynęły z Jej oczu. Anioł Stróż wyjaśnił to następująco: „Ona (to znaczy Maryja) płacze, ponieważ pragnie, by jak najwięcej ludzi się nawróciło. Pragnie, aby za jej pośrednictwem dusze poświęciły się Jezusowi i Bogu Ojcu”. Figura przez kilka lat płakała łącznie 101 razy. Jak potwierdziły badania naukowców, zarówno krew, pot, jak i łzy były pochodzenia ludzkiego.
Oto Maryja jako Matka zatroskana o współczesny Kościół, ale i o całą ludzkość. Oto Matka, która w obliczu zbliżającej się kary na skutek wielkiej ludzkiej nieprawości, próbuje ratować ją, napominając, wzywając do modlitwy, pokuty i nawrócenia. Taka jest właśnie Matka Kościoła, która cierpi, która nawołuje do przemiany ludzkich serc. Jeśli słowa nie wystarczają, to może łzy pomogą. Tak pomyślała i tak też uczyniła.
33. „Dogmat i tiara”
Dogmat i tiara to tytuł książki Pawła Lisickiego. Jest to, jak wyrażono w podtytule, esej o upadku rzymskiego katolicyzmu.
Książka Dogmat i tiara jest o porzuceniu dogmatu, o paraliżu zasady dogmatycznej oraz rezygnacji papieża z władzy. Autor tym samym ukazuje przyczyny obecnego kryzysu w Kościele. Dużo miejsca poświęca aktywności modernistycznej ks. Józefa Ratzingera, sięgając do lat przedsoborowych, kiedy to do seminariów w Niemczech przenikały idee nowej teologii potępiane przez ówczesnych papieży. Jego formacja intelektualna przebiegała pod wpływem takich teologów i myślicieli, jak Henri de Lubac, Ebner, Franz Rosenzweig, Martin Buber. Według tych myślicieli “Religia zlewa się z filozofią, wiara staje się przeżyciem. Człowiek już nie potrzebuje pośrednika, który powie, w co wierzyć i który będzie domagał się posłuszeństwa w wierze” − pisze Lisicki. Wiara to dialog i wejście w relację z Boskim Ty. To, co bardzo ważne, to fakt, że ks. prof. J. Ratzinger przyczynił się do odrzucenia przygotowanych przez Święte Oficjum projektów dokumentów oraz miał duży wpływ na kształt nowych dokumentów soborowych, był bowiem doradcą-teologiem kardynała Fringsa z Niemiec. Paweł Lisicki pisze w swej książce wręcz o przewrotach, jakie dokonały się za przyzwoleniem Jana XXIII na soborze watykańskim II. Wiązały się one właśnie z odejściem od teologii tradycyjnej (scholastycznej) opartej na tomizmie, a przyjęciem wizji nauczania (nowej teologii) przez teologów modernistycznych (K. Rahner, Y. Congar, J. Ratzinger).
Zasada dogmatyczna i jej paraliż
Henryk Mario Radaelli (†2020), uczeń E. Gilsona, w ostatnim długim wywiadzie z 2018 roku mówił: „Przez ponad pięćdziesiąt lat teologowie heretyccy, źli, próbowali zdobyć władzę i teraz im się udało. To z tego powodu mówię o herezji u władzy. Papieże nie są heretykami, nie powiedziałem tego nigdy o żadnym papieżu. Poszli oni jednak za szaloną ideą Jana XXIII, który mówił: potwierdzamy stałą doktrynę bez potępiania nikogo. To niemożliwe; potępienie, to część wyjaśnienia dogmatu, druga strona tej samej monety. Jeśli chce się odnieść dogmat do czasów współczesnych, w których są herezje, z konieczności należy je potępić. Nie potępiać niczego oznacza aprobować wszystko, a aprobować wszystko oznacza, że nie ma już wiary katolickiej” (P. Lisicki, Dogmat i tiara, Warszawa 2020, s. 24).
Paweł VI w 1972 roku powiedział, iż „przez jakąś szczelinę do Bożej świątyni dostał się swąd Szatana”. Paweł Lisicki pisze, że ów swąd Szatana przedostał się do Kościoła wskutek paraliżu zasady dogmatycznej. To ten moment kiedy zaniechano potępiania błędów. Dokonało się to podczas soboru watykańskiego II.
Czym jest dogmat znakomicie opisał św. John Newman w Apologii pro vita sua: „Od wieku piętnastu lat dogmat był dla mnie fundamentalną zasadą religii. Innego rodzaju religii nie znam, ani nawet nie mogę wczuć się w jego koncepcję. Religia, która byłaby tylko uczuciem, jest dla mnie urojeniem i parodią” (s. 30).
Wiara nie jest ślepym porywem serca, ale jest przylgnięciem rozumu do prawdy dzięki łasce. Prawdy Boże pochodzą z Objawienia, są czymś zewnętrznym i sam człowiek o własnych tylko siłach nie jest w stanie ich poznać. Obok rozumu konieczna jest łaska.
Dogmat to nie suchy i abstrakcyjny zwrot, nie znak ograniczenia i zamknięcia. Dogmat to droga do nieba, furtka i brama do życia nadprzyrodzonego.
Św. Atanazy pisał: „Ktokolwiek chce być zbawiony, musi wyznawać całą i niepodzielną prawdę katolicką”. To właśnie wyznanie było ulubioną modlitwą dla św. kardynała J. Newmana. Zasada dogmatyczna zawiera w sobie całkowite i stanowcze potępienie błędu. Bez tego głoszenie prawdy wiary pociąga za sobą relatywizację samego aktu wiary.
„Zasada dogmatyczna została pokonana przez świat – pisze Paweł Lisicki − została sparaliżowana. Zamiast podlegać władzy Boga, świat ulega tyranii doczesności i włącza się w budowę nowej, globalnej, lepszej przyszłości” (s. 39).
Jan XXIII na rozpoczęcie soboru powiedział: „Dziś Oblubienica Chrystusa woli posługiwać się raczej lekarstwem miłosierdzia, aniżeli surowością. Kościół katolicki pragnie okazać się matką miłującą wszystkich, matką łaskawą, cierpliwą, pełną miłosierdzia i dobroci”. Te słowa nakreśliły kierunek prac nad dokumentami soboru. Otwarcie na inne wyznania (ekumenizm), dialog z innymi religiami i mocne bezkrytyczne skierowanie do świata siłą rzeczy wykluczały potępienie błędów i krytyczne oceny. Z tego powodu na soborze nie potępiono komunizmu, mimo że biskupi z całego świata w przedsoborowej ankiecie wyrażali wolę potępienia, a ponad 200 ojców soborowych domagało się tego. Sądzono, że wystarczy tak przeformułować nadprzyrodzoną naukę z nieba, przedstawić ją tylko pozytywnie, żeby była bardziej przyjazna, podana w atrakcyjnej formie mądrości, a świat zachodni spragniony prawdy po klęsce wojennej chętnie ją przyjmie. Wystarczy usunąć z wiary to, co tak odpycha człowieka współczesnego – apodyktyczność, posłuszeństwo, potępienie błędu, a człowiek ten, wyczerpany wojnami i nihilizmem wróci do Kościoła. Taka naiwna wiara towarzyszyła pasterzom Kościoła wspieranym przez liberalnych teologów.
Porzucona tiara. Rezygnacja z koronacji
Tiara, potrójna korona była przez wieki symbolem papiestwa, znakiem rozpoznawczym papieża jako najwyższego kapłana. Na papieskich pieczęciach widniała tiara, a herb papieski odróżniał się od innych herbów właśnie przez tiarę. Co właściwie znaczyło ukoronowanie tiarą? Jakie przesłanie w sobie zawierało?
Wraz z koronacją tiarą były wypowiadane słowa: „Przyjmij ozdobioną trzema koronami tiarę i wiedz, że jesteś Ojcem książąt i królów, Panem i kręgu Ziemi, Zastępcą naszego Zbawiciela, dla którego jest cześć i chwała na wieczność”. Koronacja tiarą (nie mitrą) i towarzyszące jej pierwsze błogosławieństwo miasta i całego okręgu ziemi symbolizowały objęcie urzędu. Bez tiary nie było papieża pisał Wolf. Ale tiara nie tylko czyniła papieża papieżem, pokazywała coś więcej. Poddawała ona całość ziemskiej władzy pod zwierzchnictwo władzy papieża i tym samym w sensie symbolicznym wskazywała, że w ostatecznym rachunku ta władza pochodzi z góry, od Chrystusa, że nie pochodzi ani od ludu, ani z podbojów, ani z własnej przemyślności.
Tiara uświęcała również władzę jako taką. Wskazywała na udział w Boskiej władzy. Dzięki koronacji tiarą niewidoczne, zakryte, tajemnicze przymioty Boga stawały się widzialne dla całego okręgu ziemi. W stosunku do władców tego świata pokazywały ich względność i ograniczoność względem Chrystusa, Króla królów. Koronacja tiarą i jej noszenie są symbolicznym zaprzeczeniem soborowej nauki o autonomii i niezależności sfery świeckiej i politycznej od władzy duchowej. Co się tyczy wiary i prawa Bożego, państwa świeckie nie mają autonomii, podlegają z natury najwyższej władzy Chrystusa, a tym bardziej władza duchowa Kościoła nie podlega władzy świeckiej. Papież Bonifacy VIII (XIII w.) tak przedstawiał relacje władzy duchowej i świeckiej: „Obie władze pochodzą od Boga, jednakże ład wymaga, aby jedna była podporządkowana drugiej: wyższa jest jednak władza duchowa. To jej przystoi ustanawiać władzę świecką i napominać ją, kiedy zbłądzi”. Ta symbolika odnosi się do drugiej korony w tiarze. Symbolizuje potrójną władzę papieża jako zwierzchnika władców ziemskich, głowę Kościoła i Zastępcę Chrystusa. Interpretacje potrójnej korony były różne. Jedni twierdzili, że pokazuje ona władzę nad niebem, ziemią i światem podziemnym lub też nad trzema częściami świata − Europą, Azją i Afryką. Według innych trzy korony oznaczają Kościół cierpiący w czyśćcu, wojujący na ziemi i triumfujący w niebie.
Tiara służyła nie tylko do koronacji. Papież nakładał ją zawsze gdy miał do obwieszczenia światu coś wyjątkowo ważnego, gdy domagał się posłuszeństwa, gdy to, co głosił miało mieć powszechnie wiążący charakter (na przykład ogłoszenie dogmatu).
Kiedy w 1964 roku Paweł VI zrezygnował z tiary i sprzedał ją, można to było odczytać jako kapitulację przed światem. Tak jak rezygnacja z potępienia herezji sparaliżowała dogmat, tak porzucenie tiary pokazało spętanie duchowej władzy papieży. Był to pierwszy, ale przełomowy krok do sekularyzacji papiestwa. Od tej pory coraz wyraźniej widać, że papież służy doczesnym, przemijającym, ziemskim celom − pokojowi światowemu, obronie praw człowieka, a ostatnio ekologii i walce z ociepleniem klimatu. Rezygnując z tiary papież przyjął rolę, jaką świat jest gotów zaakceptować, rolę jedynie duchowego lidera. Głos Kościoła w tej nowej sytuacji może być jedynie opinią, jedną z wielu, które docierają do suwerena. Jednocześnie rezygnacja z tiary była sygnałem w stronę świata, że nad władzą człowieka nie ma innej władzy, a Chrystus może być królem jedynie u kresu czasów. Był to ukłon w stronę innych wyznań i religii. Tiara ponadto raziła protestantów (s. 47, 51). Niestety, kolejni papieże nie odważyli się na koronację.
Jan XXIII i zwołanie soboru watykańskiego II
Papież Jan XXIII publicznie ogłosił zwołanie soboru 25 stycznia 1959 roku. Nikt wówczas nie podejrzewał jaki kierunek będą miały prace. Nawet kardynałowie skupieni wokół Świętego Oficjum nie tracili ducha. Jak pisze de Matei, zwolennikami soboru byli kardynałowie Ottaviani i Rufini. Obaj wierzyli, że sobór potępi błędy współczesności i zada decydujący cios nowej teologii. Tak było w historii, gdy sobór trydencki potępił błędy protestantów, a sobór watykański I potępił błędy racjonalizmu i naturalizmu. Stało się jednak inaczej. „Sprawnie zorganizowana mniejszość od początku pragnęła tylko jednego: pojednania Kościoła ze światem, i gotowa była za to zapłacić największą cenę: odrzucić zasadę dogmatyczną” − pisze Paweł Lisicki (s. 183). Wytrychem, jakim się kierowano była „troska duszpasterska”, która jakoby domagała się pozytywnego przekazu prawd wiary, aby nie zrażać niczym ludzi, nie krytykować, dążyć do pojednania, mówić o tym, co łączy, a nie o tym co dzieli (ekumenizm międzywyznaniowy i dialog międzyreligijny), w imię pokoju nie konfliktować się ze światem.
Formalnie i oficjalnie najważniejszą funkcję przewodniczącego Komisji Teologicznej sprawował sekretarz Świętego Oficjum, kardynał Ottaviani (prefektem bywał papież). Papież zlecił też przygotowanie dokumentów (schematów), nad którymi miał pracować sobór. Jednocześnie zaczął też działać Sekretariat ds. Jedności Chrześcijan powołany w 1960 roku, którym kierował kardynał Augustyn Bea z Niemiec. Ów sekretariat monitorował prace nad projektami tak, by one nie wpływały negatywnie na ideę ekumenizmu. „Od tej pory – pisze Lisicki− rzymski katolicyzm miał się podporządkować wymogom ideologii ekumenizmu” (s. 187). Kardynał Bea głosił nową naukę, już nie wzywał do powrotu odłączonych braci do Kościoła, ale do powszechnego nawrócenia wszystkich do centrum, którym jest Chrystus. Ignorował w ten sposób naukę Piusa XII zawartą w encyklice Mystici Corporis Christi.
Nowy paradygmat
W przygotowania soboru włączyła się grupa tak zwanych postępowych teologów dążących do zmian w Kościele. Do nich należał Hans Küng, który w 1960 roku opublikował książkę Sobór i ponowne zjednoczenie. Odnowa jako wezwanie do jedności, a pochlebny wstęp napisał do niej Franz König z Wiednia. Zawarł w niej między innymi naukę o usprawiedliwieniu, wobec której nie krył zaskoczenia protestancki teolog Karl Barth – tak była mu bliska. Rok później pojawia się wspólne dzieło Karla Rahnera i Józefa Ratzingera – Episkopat i prymat, jako zapowiedź wieloletniej i ścisłej współpracy.
„Siatka współpracy – pisze Paweł Lisicki – która miała doprowadzić do obalenia systemu katolickiego, wiązała ze sobą różnych biskupów i postępowych teologów. Ważną postacią był w niej Ivan Illich (kapłan z centrum misyjnego Cuernawaca w Meksyku, który ostatecznie porzucił kapłaństwo), gdzie opracowywano strategię dla nadchodzącego soboru. Od 1961 roku Helder Camara i biskup Larrain spotykali się z Ivanem Illichem, przygotowując program wspólnego działania”. Biskup Larrain pisał: „Siatka, która została utworzona przez ojca Heldera i do której powstania sam się przyczyniłem, obejmowała nie tylko biskupów Ameryki Łacińskiej, ale również prawie wszystkie kraje europejskie, w każdym razie Belgię, kraje skandynawskie, Francję, Niemcy i niektóre kraje Europy Wschodniej, szczególnie Polskę z mns. Karolem Wojtyłą i Azję… W jej skład wchodzili również tacy teolodzy jak Schillebeeckx, Congar, de Lubac i Daniélou” (s. 195).
Niemały wpływ na sobór miał ks. prof. Józef Ratzinger. Już samo przemówienie Jana XXIII (Gaude Mater Ecclesia) na otwarcie soboru w dużej mierze było oparte na wykładzie odczytanym przez kardynała Fringsa, a napisanym przez Józefa Ratzingera. Oto niektóre fragmenty wykładu: „Jako >>Sobór odnowy<< musi w mniejszym stopniu mieć za zadanie sformułowanie doktryny […] mającej umożliwić na nowo i głębiej świadectwo życia chrześcijańskiego w świecie dzisiejszym. […] Religia (w przyszłości) będzie miała inną postać. Co do formy i zawartości będzie uboższa, ale być może też głębsza. Człowiek tych czasów ma prawo oczekiwać, że w tym procesie przeobrażenia Kościół mu pomoże, że być może zrezygnuje z wielu starych form, które mu nie odpowiadają…”. Nie da się ukryć, że na pierwszy plan wysuwa się świat i tak zwany człowiek współczesny. Kościół ma temu światu służyć. To pierwszeństwo czyni względnym przekaz prawd wiary. Takie podejście Ratzingera i tym samym Jana XXIII Lisicki komentuje następująco: „Katolicyzm, z jakim styka się człowiek współczesny, to nie, jak do tej pory, wspaniałe drzewo, które wyrosło przez wieki z małego ziarna, ale raczej wielki magazyn, w którym pod kolejnymi warstwami kryje się przytłoczony klejnot. Żeby do niego dotrzeć, należy te warstwy zdjąć i pozbyć się ich, dopiero wtedy rozbłyśnie on pełnym blaskiem” (s. 205).
W całym przemówieniu papieża autor eseju dopatruje się trzech zasadniczych błędów, które zostały zrealizowane podczas soboru. Pierwszym jest różowa, optymistyczna, wręcz utopijna ocena rzeczywistości politycznej i społecznej (jedna trzecia świata jęczy w okowach komunizmu). Drugim błędem, mającym fatalny wpływ na zawartość soborowych dokumentów, było przeciwstawienie sobie istoty doktryny i sposobu jej wyrażania, a także świadectwa. Trzeci błąd to zaniechanie potępiania błędów, co doprowadziło do paraliżu dogmatycznego. Według Jana XXIII potępianie błędów oznaczałoby praktykowanie surowości zamiast miłosierdzia. Słusznie w Iota unum zauważył Romano Amerio, szwajcarsko-włoski teolog, filolog i filozof: „Kościół nigdy nie postrzegał obowiązku zwalczania herezji, wypaczeń, fałszów jako przejawu braku miłosierdzia. Przeciwnie: piętnowanie błędu było pierwszym aktem miłosierdzia wobec błądzącego” (s. 212).
Październikowy pucz
Centralna Komisja Przygotowawcza, na czele której stał sam Jan XXIII liczyła 108 członków i 27 konsulatorów. Żaden inny sobór nie był przygotowany równie gruntownie, z równym szacunkiem dla praw biskupów. Najważniejszą komisją przygotowawczą była Komisja Teologiczna, nazywana też doktrynalną. Na jej czele stał sekretarz Świętego Oficjum, kardynał Alfredo Ottaviani. Wśród konsulatorów komisji pojawili się, wskutek decyzji papieża, teologowie potępieni za czasów Piusa XII. Byli to ojcowie: Yves Congar, Henri de Lubac, Hans Küng i inni. Na krótko przed rozpoczęciem soboru było gotowych 75 schematów. Po dalszych pracach redakcyjnych pozostało 20. I te wszystkie schematy zyskały aprobatę papieża, który się pod nimi podpisał. Trafiły potem do ojców soborowych, którzy mieli nad nimi pracować. Niestety, nowatorzy przygotowali bunt. Postanowili odrzucić projekty za wyjątkiem jednego − o liturgii.
„Aktywnym skrzydłem progresizmu – pisał Peter Seewald – kierował oddział uderzeniowy złożony z niemieckich teologów na czele z Karlem Rahnerem i młodszymi teologami: Hansem Küngiem i Józefem Ratzingerem. Podobnie działały inne komórki postępowe: Francuzi, czyli Congar, de Lubac, Chenu, Kanadyjczycy z Gregorym Baumem, Holendrzy i Belgowie z Edwardem Schillebeeckxem (tzw. przymierze reńskie). To oni nadawali ton w pierwszej części soboru. Na czele przymierza europejskiego, które jednoczyło przeciwników Kurii Rzymskiej stali kardynałowie: Alfrink (Holandia), Tisseran, Lienart, Garrone (Francja), Suenens (Belgia), Frings, Doepfner (Niemcy), Koenig (Austria). Do nich dołączyli dwaj włoscy (Montini, Lercaro) i kardynał Bea. Pierwszym celem było doprowadzenie do zmiany porządku obrad i do, ostatecznie, odrzucenia dokumentu De fontibus (O źródłach Objawienia)”.
Do puczu, bo tak można nazwać to, co wydarzyło się na soborze, dochodzi 13 października 1962. Chodziło o zmianę porządku regulaminu, aby nie doszło do wyboru w tym dniu komisji z przygotowanymi nazwiskami. Kardynał Lienart wbrew porządkowi, wyrywając mikrofon zabrał głos przekonując, że kandydaci do komisji soborowych pod kontem kwalifikacji są mało znani, choć dwa lata pracowali w komisjach przygotowawczych. Tak więc wybory komisji soborowych przeniesiono na 16 października. Kardynał Suenens napisał: „Szczęśliwy zamach i odważne złamanie regulaminu. Los soboru w dużym stopniu rozstrzygnął się w tym momencie. Potem przygotowano nowe listy tak, aby progresiści mieli większy wpływ na przebieg obrad, w tym wprowadzenie nowych projektów. Ponadto Jan XXIII zdecydował 20 października znieść zasadę większości wymaganej do wyborów. Romano Amerio napisał o zerwaniu reguł „legalności soborowej”.
Także 13 października dokonano następnej ważnej zmiany wbrew ustalonemu porządkowi. Kardynałowie przymierza wsparli wniosek ojca Schillebeeckxa, aby odłożyć dyskusję nad najważniejszym dogmatycznym schematem O źródłach Objawienia. Na tym mogło bardzo zależeć Ratzingerowi, wszak on miał nieco inne podejście do kwestii Objawienia. Tym tematem zajmował się w pracy habilitacyjnej, którą z trudnością obronił. Najpierw pod obrady wzięto schemat piąty o liturgii, który był do przyjęcia także przez progresistów, wszak ważny udział w jego przygotowaniu miał ks. Hannibale Bugnini, który na zlecenie Pawła VI, wraz z powołaną komisją przygotowywał nową mszę.
Rewolucja listopadowa
Decydująca batalia w obronie schematu O źródłach Objawienia trwała tydzień. W auli soborowej na zmianę występowali obrońcy Tradycji i rewolucjoniści. Wtedy to ważyły się losy zasady dogmatycznej. 20 listopada dochodzi do głosowania nad schematem. Pytanie brzmiało: „Czy należy przerwać dyskusję o schemacie dogmatycznym De fontibus Revelationis? Głosowało 2209 ojców, 1360 z nich opowiedziało się za przerwaniem dyskusji, 822 lub 868 było przeciwnych, a 19 oddało puste blankiety. Aby odrzucić schemat trzeba było uzyskać większość 2/3, a progresistom do osiągnięcia celu brakowało 105 głosów. W przypadku braku takiej większości, według regulaminu schemat powinien być przyjęty. Wtedy doszło do czegoś niebywałego. Nastąpiła interwencja postępowych kardynałów. Do papieża udali się między innymi kardynałowie Bea, Lienart, Leger i przekonali skutecznie papieża, aby odrzucił schemat. Papież złamał regulamin i faktycznie schemat zawiesił. 21 listopada Jan XXIII ogłosił, że wycofuje schemat De fontibus Revelationis spod obrad soboru i że zostanie on ponownie opracowany przez komisję ad hoc.
Paweł Lisicki podsumowuje to tak: „Można powiedzieć, że w chwili powołania nowej komisji 21 listopada skończył się katolicyzm rzymski, narodził się katolicyzm ekumeniczny. Zasadę dogmatyczną zastąpiła zasada ekumeniczno-dialogiczna, trwałość i stałość zostały zastąpione przez ciągłą zmianę, a przyleganie rozumu do niezmiennej prawdy – pogonią woli za niespodziankami Ducha” (s. 245).
Prałat Borromeo w dzienniku pod datą 3 grudnia zanotował: „Jesteśmy w pełnym modernizmie. […] Dzisiejszy modernizm jest bardziej subtelny, pełen hipokryzji, lepiej zakamuflowany i bardziej przenikający. Nie chce stworzyć kolejnej burzy, tylko chce aby cały Kościół stał się modernistyczny, nie zdając sobie z tego sprawy.[…] Dzisiejszy modernizm […] ratuje całe chrześcijaństwo, jego dogmaty i jego organizację, a przy tym całe je wypróżnia i wywraca do góry nogami. To nie jest już religia przychodząca od Boga, ale religia, która pochodzi bezpośrednio od człowieka, a pośrednio od boskości, która jest w człowieku” (s. 248).
Odrzucenie konstytucji O źródłach Objawienia oznaczało odrodzenie modernizmu.
34. „Wiosna Kościoła, która nie nadeszła”
Wiosna Kościoła, która nie nadeszła to tytuł książki zawierającej wywiad, jaki Paweł Lisicki przeprowadził z biskupem Athanasiusem Schneiderem. Rozmowa ta dotyczy wielu bardzo ważnych tematów związanych z wiarą w kontekście kryzysu, jaki Kościół obecnie przechodzi.
W niniejszym artykule zwracam uwagę na niektóre tematy poruszone w tej publikacji. Są nimi: gnostyckie zagrożenia, w tym współczesna forma modernizmu, problem istnienia wielu religii, a także kontrowersyjne wypowiedzi papieża Franciszka dotyczące wiary.
Gnostyckie zagrożenia
O gnostyckich zagrożeniach jest mowa w trzecim rozdziale książki, gdzie biskup Schneider komentuje myśl przywołaną z książki Taylora Marshalla Infiltracja. Marshall twierdzi, że świat nowożytny został zbudowany na zasadach rewolucji francuskiej: „totalnej wolności człowieka, który nie jest w stanie znieść objawienia i przykazań Boga; absolutnej równości, która odrzuca wszelką społeczną i religijną hierarchiczność, a teraz obala także wszelkie różnice między płciami; braterstwa, które zdobywa przewagę nad wszelkimi dystynkcjami religijnymi” (Athanasius Schneider, Wiosna Kościoła, która nie nadeszła, Kraków 2020, s. 55).
Szczególną uwagę zwraca na odrzucenie objawienia.
Najpierw miało to miejsce na przełomie I i II wieku, kiedy w środowiskach niektórych intelektualistów pojawiła się gnoza, według której człowiek osiąga zbawienie dzięki niezależnemu od objawieniamyśleniu. Herezję tę zdemaskował i zwalczał św. Ireneusz z Lyonu (Adversus haereses). Później tendencje gnostyckie, czyli dążenia do samozbawienia i do kreowania „prawdy” pojawiły się w ruchach masońskich. Tutaj miały one dodatkowo wpływ polityczny na życie ludzi, czego nie było w pierwszych wiekach. Inną mutacją gnozy był niemiecki idealizm, w którym rzeczywistość faktycznie okazuje się ideą, myślą (heglizm). To myślenie przeniknęło do teologii katolickiej, gdzie wiarę zaczęto postrzegać jako kreację, a nie jako pokorne przyjęcie z zewnątrz prawdy objawionej.
Obecnie wielu teologów, jak twierdzi biskup, zarażonych jest heglizmem (teza – katolicyzm przed soborem, antyteza – Kościół soborowy i posoborowy, a obecnie zmierzamy w stronę syntezy). W objawieniu dostrzegają oni rozwój. Jest to nowa forma modernizmu (s. 55-59).
W rozdziale trzecim Paweł Lisicki przywołuje też myśl o. Alfonsa Galveza z książki Ecclesiastical winter (Zima w Kościele), który twierdzi, że żyjemy obecnie w okresie największego kryzysu w dziejach Kościoła. Jest on znacznie głębszy niż kryzys ariański i bunt Lutra. Potwierdza to biskup Schneider, który zwraca uwagę na to, że w czasie arianizmu podważano jedną prawdę wiary – bóstwo Chrystusa i konsekwentnie prawdę o Trójcy Świętej. Luter natomiast zanegował niektóre elementy nauki chrześcijańskiej (na przykład odrzucił pięć sakramentów), przekreślił Tradycję Kościoła. Uznawał jednak chrześcijaństwo jako jedyną, chcianą przez Boga, prawdziwą religię.
W wieku XX z powodu wpływu modernizmu podważono jedyność prawdziwej religii chrześcijańskiej. Dokonało się to, jak twierdzi, na soborze watykańskim II, szczególnie w Deklaracji o wolności religijnej (Dignitatis humanae). Chodzi tu głównie o sformułowanie, które mówi o prawie naturalnym do wolności religijnej. O ile fragment mówiący o wolności od przymusu nie wzbudza zastrzeżeń (w Polsce w kontekście komunizmu odbieraliśmy ten fragment pozytywnie i tak naprawdę na tym się zatrzymaliśmy), to jednak fragment mówiący o tym, że „prawo do owej wolności przysługuje trwale również tym, którzy nie wypełniają obowiązku szukania prawdy i trwania przy niej; korzystanie zaś z tego prawa nie może napotykać przeszkód […]” (DH 2) jest bardzo niebezpieczny. W ten sposób chrześcijaństwo zostało umieszczone na poziomie wszystkich naturalnych religii, jako jedna z wielu chcianych przez Boga, co konsekwentnie relatywizuje ją i poważnie osłabia. Ponadto zostaje tu uznane prawo naturalne do rozpowszechniania błędu. A przecież nie istnieje prawo naturalne do wyboru fałszywej religii. W takim wypadku nawet religia Szatana miałaby takie same prawa jak Kościół katolicki czy wspólnoty protestanckie (s. 60-65).
Ponadto biskup zwraca uwagę na to, że prawo do wyznawania każdej religii uderza w pierwsze przykazanie Boże: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie” (Wj 20,3). To, że ludzie czczą różnych bogów jest przeciwko woli Bożej. Bóg nie chce by odrzucano Jego Syna, jak to ma miejsce w islamie czy w judaizmie. To, że nie wierzy się w Jezusa jako Syna Bożego nie może być czymś naturalnie dobrym.
W świetle analizy tekstu soborowego i negatywnych skutków, jakie przyniosło nauczanie Kościoła po soborze w tym duchu (ekspansja relatywizmu), oznacza według biskupa Schneidera, że papieże na soborze i po soborze mylili się. Punktem szczytowym tego błędnego myślenia i działania było spotkanie międzyreligijne w Asyżu zorganizowane przez Jana Pawła II, gdzie wszystkie religie usytuowano na jednym poziomie. Kolejnym krokiem przekraczającym granicę był dokument podpisany przez papieża Franciszka w Abu Zabi, gdzie expressis verbis zostało powiedziane, że Bóg chce w swej mądrości istnienia różnych religii.
Podsumowując tę kwestię biskup Schneider stwierdził, że arcybiskup Lefebvre w sporze o prawidłowe rozumienie wolności religijnej zgodne z Tradycją (co najmniej od Grzegorza XVI do Piusa XII, którzy przyjmowali tę samą naukę), miał rację (s. 70-73).
Ile religii jest prawdziwych?
W siódmym rozdziale omawianej książki Paweł Lisicki stawia biskupowi Schneiderowi pytania dotyczące wielości religii, problemu ich prawdziwości i stosunku do nich religii chrześcijańskiej. Niekiedy bowiem odnosi się wrażenie, że każda religia jest w pewnym stopniu dobra, bo w każdej są jakieś ziarna prawdy. Czy można zatem uznać je za inne, alternatywne, może dłuższe drogi do Boga?
Biskup przywołuje wiele cytatów z Pisma św. (J 14,6; J 10,7-9; J 5,37-46; 2 Tes 1,7-8; Dz 2,37-40; Mk 9,7), by stanowczo stwierdzić, że z nich jasno wynika, iż Bóg w żadnej mierze nie chce by istniały jakieś inne drogi do Niego, jakieś inne sposoby oddawania Mu czci, poza tą jedną, jedyną, którą objawił w Jezusie Chrystusie. A tym Bogiem, który się objawił jest Boża Trójca, Bóg w Trójcy Jedyny. I Bóg zakazuje by człowiek podążał do Niego innymi drogami niż ta, którą sam wskazał, a którą jest Jego jedyny Syn, który stał się człowiekiem − Chrystus. Inne drogi to inne religie i inne wierzenia. Tylko Jezus Chrystus jest tą drogą, której chce Bóg i którą nakazuje wybrać. Człowiek nie ma prawa do innego wyboru. Inne drogi zostały zakazane. Zakaz ten widzimy już w pierwszym przykazaniu: „Nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie” (Pwt 5,7) (s. 239-241).
Biskup Schneider mówi jak należy rozumieć często przytaczane sformułowanie na poparcie wartości innych religii, że w nich są ziarna prawdy. Ta stara nauka, sięgająca czasów Justyna Męczennika, mówi, że choć człowiek został zrodzony w grzechu pierworodnym, to jednak jego umysł, rozum nie został zniszczony. Został jedynie przysłonięty, zaciemniony. Dlatego ma naturalną zdolność poznawania Boga, rozróżniania dobra od zła, prawdy od fałszu. I w tym jedynie sensie można powiedzieć, że w różnych ludzkich doktrynach znajdują się ziarna prawdy. Ich obecność nie wynika z objawienia, ale z natury. Byłoby zatem błędem mówić, że skoro w innych religiach znajdują się ziarna prawdy, to religie te są drogami do Boga (s. 242-243).
Istnieje tylko jedna wiara − stanowczo twierdzi biskup. W przypadku żadnej innej religii nie możemy mówić o wierze. Wiarę mają jedynie ci, którzy wyznają Boga w Trójcy Jedynego, objawienie Boże w Chrystusie. Wszak wiara jest łaską, ma charakter nadprzyrodzony. Nie mają wiary ci, którzy nie wyznają w Chrystusie Syna Bożego. Mogą to być pewne wierzenia, przekonania, a nie wiara w sensie ścisłym. Dlatego według biskupa Schneidera określenie „wierzący wszystkich religii” jest fałszywe. Nie powinno się też mówić o chrześcijaństwie, judaizmie i islamie jako o religiach Abrahamowych. Jedyną religią Abrahamową jest wiara katolicka, pozostałe – nie. Jezus wyraźnie powiedział, że Abraham Go widział: „Abraham, ojciec wasz, rozradował się z tego, że ujrzał mój dzień – ujrzał go i ucieszył się” (J 8,56). W Jezusie więc wiara Abrahama znalazła wypełnienie. Kto więc odrzuca Jezusa, nie uznaje Go jako Syna Bożego i Zbawiciela, odchodzi tym samym od wiary Abrahama. A tymi, którzy Go nie uznają są wyznawcy judaizmu i islamu. Wszystkie zatem religie, które nie przyjmują Chrystusa, są fałszywe (s. 244-249).
Inaczej wygląda sytuacja, gdy mówimy nie o innych religiach, ale o innych wyznaniach chrześcijańskich – twierdzi biskup Schneider. Wszyscy, którzy zostali ochrzczeni należą do Ciała Chrystusa. Sam chrzest nie przesądza o równości wszystkich wyznań. Jeśli inne wyznania chrześcijańskie, które uznają tylko niektóre sakramenty, włącznie ze chrztem, ale inne odrzucają, nie stanowią przez to odrębnych kościołów. Nie są to jakieś kościoły siostrzane, jak to nieraz można usłyszeć. Istnieje tylko jeden święty, apostolski i katolicki Kościół, kierowany przez papieża jako widzialnego zastępcę Chrystusa na ziemi. Niektóre tylko sakramenty i słowo Boże, które wzięły te wspólnoty dla siebie, tak naprawdę są własnością Kościoła katolickiego. I stąd płynie ich ważność, którą uznajemy. Jednakże same w sobie nie są prawdziwym Kościołem Bożym (s. 249-250)
W dalszej części wywiadu biskup Schneider pokazuje przykłady relatywizacji religii. Dopatruje się w nich synkretyzmu i idei masońskich. Przywołuje słynną wspólną modlitwę o pokój przedstawicieli różnych religii w Asyżu, zainicjowaną przez papieża Jana Pawła II, który wezwał do tej modlitwy wszystkich obecnych. A wzywanie kogoś by modlił się do swoich bogów oznacza, że współuczestniczy się w tym bałwochwalczym kulcie, wspiera się go. A w Asyżu byli szamani i wyznawcy kultu voodoo, którzy oddają cześć demonom. Przywołany został też skandal z obecnością figurki Pachamamy, inkaskiej bogini płodności, w jednym z rzymskich kościołów podczas obrad synodalnych. Biskup także nie omieszkał odnieść się do wspólnej deklaracji z Abu Zabi, którą podpisał papież Franciszek. Mowa w niej między innymi o tym, że wolą Bożą jest istnienie wielu religii w świecie. Podsumowując twierdzi, że pierwotnym źródłem tak spotkania w Asyżu, jak i deklaracji z Abu Zabi jest deklaracja Diginitatis humanae i te kluczowe słowa, w których uznaje się naturalne prawo osoby ludzkiej do wybrania sobie religii.
Ciekawostką, która może zdumiewać, a nawet oburzać jest przytoczona wręcz niewiarygodna wykładnia papieża Franciszka na temat Trójcy Świętej. Uważa on, że Trójca Święta wydaje się być zgodną jednością tylko na zewnątrz, bo wewnątrz poszczególne Osoby Boskie tak naprawdę się kłócą. Takie stwierdzenie to bluźnierstwo – stwierdził biskup. Jest to nawiązanie do religii pogańskiej, w której Zeus kłóci się z Apollonem, a Hera z Afrodytą (s. 250).
O kontrowersyjnych wypowiedziach Franciszka
Biskup Athanasius Schneider, szanując i uznając autorytet papieża Franciszka, w omawianej książce zauważa pewne błędy w nauczaniu obecnego papieża. Są to wypowiedzi ustne, jak i wyrażone w oficjalnych dokumentach, które jego zdaniem pozostają w sprzeczności z dotychczasowym nauczaniem Kościoła i są niezgodne z Pismem św. i Tradycją.
Do takich kontrowersyjnych sformułowań należą zdania znajdujące się w słynnej adhortacji Amoris laetitia. Paweł Lisicki przywołuje wypowiedzi wielu znanych teologów, autorów listów do papieża, według których słowa i działania papieża stanowią zaprzeczenie doktryny katolickiej i katolickich dogmatów i którzy zarzucają papieżowi wręcz herezję. Przywołuje wypowiedź profesora Josefa Seiferta, który twierdzi, że przyjmując rozumowanie ze wspomnianej adhortacji (artykuł 303 o roli sumienia w kwestiach małżeńskich) Kościół popada w relatywizm. Dotyczy to szczególnie sformułowania: „…ludzkie sumienie powinno być lepiej włączone do praktyki Kościoła w niektórych sytuacjach, które obiektywnie odbiegają od naszego rozumienia małżeństwa […]. Sumienie może jednak uznać, że dana sytuacja nie odpowiada obiektywnie ogólnym postanowieniom Ewangelii. Może także szczerze i uczciwie uznać to, co w danej chwili jest odpowiedzią wielkoduszną, jaką można dać Bogu”.
Biskup Schneider odnosząc się do tej kwestii stwierdza, iż w żaden sposób nie da się ze sobą pogodzić Amoris laetitia Franciszkaz Veritatis splendor Jana Pawła II, która potwierdza stałą naukę Kościoła. W tej pierwszej bowiem znajdują się wyrażenia, które przeciwstawiają się prawdzie i wierze, Bożemu objawieniu. Ze wspomnianego paragrafu adhortacji wynika, że co obiektywnie jest zakazane, może być subiektywnie nakazane przez sumienie. Z pewnością jest to przeciw nauce Kościoła – twierdzi biskup (s. 128-135).
W tej samej adhortacji (nr 297) znajduje się zdanie: „Nikt nie może być potępiony na zawsze, bo to nie jest logika Ewangelii”! Biskup Schneider w odpowiedzi na przytoczone zdanie przywołuje scenę sądu ostatecznego z dwudziestego piątego rozdziału Ewangelii według św. Mateusza, w której mowa o potępieniu, odrzuceniu i skazaniu ludzi na podstawie oceny ich konkretnych czynów.
Odnosząc się do synodu amazońskiego uwieńczonego dokumentem papieskim, biskup Schneider stwierdził, że było to jedno z najsmutniejszych wydarzeń w całej historii Kościoła. Zamiast troski o to, co w Kościele najważniejsze, a więc życie nadprzyrodzone, łaska, Ewangelia, mieliśmy do czynienia z troską o czysty naturalizm. Dochodziło wówczas w Watykanie i w Rzymie do czci bożków związanych z figurą Pachamamy. Te bałwochwalcze akty uznaje za jedną z większych tragedii w całej historii Kościoła (s. 171).
Podczas synodu amazońskiego była także mowa o potrzebie nawrócenia ekologicznego. Postulowano też wprowadzenie do katechizmu nowej kategorii grzechu, grzechu ekologicznego. Biskup odpowiada na to krótko, że człowiek ma się nawrócić do Boga, a nie do natury (s. 215).
Zdaniem biskupa Schneidera poruszane przez papieża Franciszka różne kwestie społeczne, ich sposób ujęcia sprawiają wrażenie, że papież realizuje tu plan zbliżony do tego, jaki promuje ONZ i różnego rodzaju organizacje wolnomularskie, gdzie chodzi o czysty humanizm. A chodzi tam naprawdę o budowę bezbożnego humanistycznego nowego świata. „W takich sprawach, jak ekologia, troska o ziemię, masowa imigracja, powstanie społeczeństwa „multi-kulti”, zbudowanie nowego światowego rządu, jednolitego globalnego społeczeństwa, jednolitej powszechnej mentalności, jednolitego postępowego światopoglądu, w którym nie ma miejsca dla Boga, dla Chrystusa, papież wydaje się opowiadać po stronie tych sił i potęg światowych, które te wszystkie idee wspierają. Ze smutkiem muszę powiedzieć, że obserwuję to papieskie zaangażowanie z coraz większym niepokojem. Jest to zatem daleko idące nadużycie władzy papieskiej. Z ogromną przykrością muszę to powiedzieć, ale za te działania papież będzie musiał odpowiedzieć przed Bogiem” – oświadcza zatroskany o Kościół biskup Schneider. „Powinien być, taka jest natura urzędu papieskiego, najbardziej gorliwym krzewicielem wiary katolickiej, jej najbardziej stanowczym obrońcą i propagatorem” – dodaje (s. 169-170).
W książce została przytoczona wypowiedź Franciszka, która według biskupa Schneidera jest niezgodna ze stałą i niezmienną nauką Kościoła. Dotyczy ona pewności wiary. Są to słowa: „Jeśli ktokolwiek utrzymuje, że z całkowitą pewnością odnalazł Boga i nie doświadcza żadnej niepewności, to taka postawa nie byłaby dobra. […] Jeśli ktoś ma odpowiedzi na wszystkie pytania, oznacza to, że Boga nie ma z taką osobą”. Przykładem na potwierdzenie niesłuszności tego stwierdzenia są choćby świadectwa apostołów, którzy dawali wyraz temu, że znaleźli Mesjasza, a więc Boga, który objawił się w Jezusie Chrystusie (J 1,43-50; J 9,35-38; J 20,27-28). Bez ich pewności wiary nasza wiara byłaby tym bardziej niepewna (s. 154-155).
Kwestią, która dotyczy statusu małżeńskiego, jest problem uznania związków jednopłciowych. Papież w książce − wywiadzie Otwieranie drzwi powiedział, „że o ile nie wolno się zgadzać na uznanie za małżeństwa związków jednopłciowych, między dwoma mężczyznami czy dwiema kobietami, to można takim związkom przyznać status prawny”. Biskup odnosząc się do tej wypowiedzi twierdzi, że takie prawo jest moralnie nie do przyjęcia. To można śmiało nazwać „oszustwem etykietowym” (s. 184-185).
Do zagadnień moralnych należy również kara śmierci. Dotychczas była dopuszczona. Papież Franciszek twierdzi, że teraz należy nauczać całkowitego zakazu stosowania kary śmierci. To nowe podejście ma też zostać zapisane w katechizmie Kościoła katolickiego. Odnosząc się do tej kwestii biskup Schneider mówi, że papież nie ma prawa zmieniać nauki, która oparta jest na źródłach objawienia, obecna w samym Piśmie św., tak w Starym, jak i Nowym Testamencie (s. 227-228).
We fragmencie adhortacji Evangelii gaudium papież Franciszek przyznaje moc sakramentalną rytuałom pogańskim i niechrześcijańskim obrzędom. Pisze tam bowiem, że są one „kanałami, które stwarza sam Duch”. Biskup odnosząc się do tych innowacji pisze: „Właściwym znakiem obecności i łaski Bożej jest święte człowieczeństwo Jezusa Chrystusa, Bóg, który stał się człowiekiem. […] Siedem sakramentów to siedem kanałów, przez które łaska Boga, niczym z oceanu, z morza, którym jest to święte Boże człowieczeństwo, przepływa do ludzi. Tylko te siedem znaków sakramentalnych zostało ustanowionych przez Boga” (s. 169-170).
